Przejdź do treści

Rozdział II - Partner - Muzyczny blog Reymontta

Pomiń menu
Pomiń menu
ROZDZIAŁ II
 
 
cPartnerd
 
 
         
Z przyjemnego snu wyrwał Jarka barbarzyński odgłos włączonej kosiarki dobiegający z osiedlowego trawnika. Mężczyzna leniwie przetarł zaspane oczy i spojrzał z niedowierzaniem na przewrócony budzik, który leżał na dywanie. Co najmniej od godziny powinien dawno znajdować się w biurze, a tymczasem siedział na łóżku w rozpiętej piżamie. Nerwowo zerwał się z kanapy i w pośpiechu zaczął szukać ubrań. Nie mógł wciąż zrozumieć, dlaczego nie usłyszał zegarka, gdyż zazwyczaj śpi bardzo czujnie i żaden, choćby najmniejszy szmer wokół niego, nie umknie jego uwadze. Jednak w tej chwili mógł zadbać tylko o to, aby rozmiar spóźnienia był jak najkrótszy. Przed opuszczeniem mieszkania wziął kilka łyków mleka z kartonu, po czym zbiegł schodami z czwartego piętra. Kiedy znalazł się w swoim samochodzie, mógł wreszcie swobodnie odetchnąć. Teraz reszta zależała od zmasowanego ruchu na miejskich drogach. Pomimo że rozpoczął się kolejny, długi tydzień pracy, Wawrzecki czuł w sobie ogromne pokłady niezwykłej energii. Owszem, zaczął go może w kiepskim stylu, ale zamierzał wszystko nadrobić z nawiązką. Niestety. I tym razem utknął w piekielnym korku na jednej z głównych tras prowadzących do centrum. Kiedy z podziwem spoglądał na sportowe auto stojące obok niego, nieoczekiwanie zadzwoniła komórka.
 
– Wawrzecki, słucham... – odezwał się agent nieco zakłopotany.
 
– Dzień dobry! Z tej strony Tomasz Rydz. Czy może pan teraz rozmawiać?
 
– Właściwie utknąłem w korku, więc nic innego mi nie pozostaje – odparł Jarek żartobliwym tonem.
 
Nastała chwila ciszy, po czym lekarz odezwał się ponownie:
 
– Chciałbym, żeby wpadł pan jutro do mojego gabinetu. Mam dla pana już wszystkie potrzebne wyniki badań pańskiej matki.
 
– Czy będzie konieczna operacja? – Zapytał Jarek przytłumionym głosem.
 
– Ależ skąd. Przecież już panu mówiłem wcześniej, że w obecnym stadium choroby wszelka ingerencja w organizm pacjenta poważnie zagraża jego życiu.
 
– Ja... Już nie wiem, co mam robić. Proszę, niech pan mi powie, gdzie jeszcze...
 
– Czy rozmawiał pan z pacjentką na temat jej choroby? – Wtrącił doktor surowym głosem.
 
– To znaczy próbowałem... Ale nie jestem jeszcze na tyle gotowy. Przecież błędne diagnozy się zdarzają, prawda??
 
– Nie można tak podchodzić do całej sprawy. Takim postępowaniem tylko pan sobie zaszkodzi. Im dłużej pan zwleka, tym bardziej obciąża pan swój stan emocjonalny i psychiczny, co prowadzi w konsekwencji do rozstroju nerwowego.
 
Jarosław nie był w stanie dalej rozmawiać, toteż lekarz dorzucił na koniec:
 
– W każdym razie będę na pana czekał do godziny osiemnastej. A zatem do zobaczenia i życzę bezpiecznej podróży!
 
Wawrzecki włożył telefon do schowka. Siedział nieruchomo ze wzrokiem wlepionym w przednią szybę. Czyżby nie było już nadziei? Przecież Miranda była zdrową i w pełni sił kobietą, która pomimo swojego wieku nadal z młodzieńczym zapałem i energią chwytała się różnych prac bez względu na ich uciążliwość lub formę. Nie znosiła bezczynnego siedzenia w jednym miejscu oraz biernego wypoczynku. Pod tym względem Jarek bardzo ją przypominał, chociaż jego styl życia był znaczniej ubogi od tego, który kiedyś prowadziła Miranda. Bał się stracić kolejną osobę, bez której w ogóle nie wyobrażał sobie dalszego istnienia. Owszem, była jeszcze siostra, ale od czasu, kiedy wyjechała do Ameryki, była dla niego jedynie mglistym wspomnieniem, zerwanym mostem wspólnej przeszłości. Zastanawiał się, co Jola zrobiłaby z posiadaną przez siebie wiedzą o stanie matki. Czy podobnie, jak on zachowywałaby dobrą minę do złej gry? A może już przy pierwszej, niepokojącej diagnozie przeprowadziłaby otwartą i szczerą rozmowę? Taak... Zdecydowanie postąpiłaby inaczej. Jolanta miała zawsze doskonały kontakt z matką. Jeśli miała jakiekolwiek problemy w pracy, czy w szkole, mogła zawsze na nią liczyć. Nie dlatego, że była sumienną i wymagającą nauczycielką, ale również dlatego, że starała się być troskliwą i kochającą matką z wielkim zapałem i determinacją próbującą wypełnić brak ojcowskich wzorów i uczuć. Gdyby nawet Jola próbowała ukryć przed matką prawdziwy obraz jej stanu zdrowia Miranda i tak, prędzej czy później, wyczułaby u niej nagromadzony niepokój i stłumione napięcie. Tymczasem to Jarek wziął na siebie cały ten „krzyż świadomości”, który uparcie wlókł za sobą w strefę bezkresnej obłudy i mroku. Wiedział, że w końcu będzie musiał o wszystkim poinformować Mirandę, ale jednocześnie pragnął, aby to się stało w odpowiednim dla niego miejscu i czasie.
 
Jarosław zjawił się w budynku CBŚ kilka minut po dziesiątej. Było to jego pierwsze spóźnienie w tym roku, dlatego traktował je raczej jako wypadek przy pracy niż poważne zaniedbanie. Kiedy Wawrzecki usadowił się przy swoim stanowisku komputerowym, kątem oka dostrzegł skupione na nim badawcze spojrzenia reszty pracowników biura? „Czyżby już wszyscy wiedzieli o moim projekcie? Przecież rozmawiałem tylko z... No, proszę a ja naiwnie myślałem, że mogę liczyć na odrobinę dyskrecji” – zastanawiał się, odwzajemniając jednocześnie życzliwe uśmiechy. Gdy tylko rozpoczął przetwarzanie bazy danych, drzwi głównego biura otworzyły się, a w nich pojawił się otyły mężczyzna w bladoniebieskim mundurze. Jarek zauważył, że krępa postać spogląda właśnie w jego kierunku i przyjaznym gestem wzywa go do siebie. Wawrzecki poprawił czarny krawat, dopił resztę kawy i dosyć niepewnym krokiem pomaszerował w stronę uchylonych drzwi. Zastanawiał się, co go czeka w środku. Czyżby smutna wiadomość o grupowych zwolnieniach? A może pouczenie za poranne spóźnienie? Bo przecież, chyba nie chodzi o nic poważniejszego... Gdy tylko agent przekroczył próg niewielkiego pokoju, usłyszał nad głową donośny głos szefa:
 
– Witam, panie Jarku! – Zaczął starszy mężczyzna, wskazując na krzesło obok wysokiego biurka.
 
– Mam nadzieję, że pańskie dzisiejsze spóźnienie nie ma związku z naszą ostatnią rozmową?
 
– Nieee... Ależ skądże ! – zaprzeczył stanowczo Jarek, próbując ukryć speszenie. – To zwykły przypadek, albo raczej zrządzenie losu. Naprawdę nie miałem zamiaru nadużywać pańskiego zaufania. Jeśli tak wyszło, to bardzo przepraszam.
 
– W porządku, Wawrzecki – odparł komendant z tajemniczym uśmiechem. – Jak do tej pory mam do pana największe zaufanie... No, dobrze, ale do rzeczy. Wczoraj skończono remont mojego, starego gabinetu piętro wyżej i jak pan widzi zostało tutaj tylko kilka moich szpargałów.
 
– Przepraszam, ale chyba nie bardzo rozumiem? – odparł Jarek wyraźnie zaintrygowany. Komendant oderwał na chwilę wzrok od gazety i spojrzał tajemniczym wzrokiem.
 
– Dokładnie od jutra zajmuje pan ten pokój. Wprawdzie nie jest to może odpowiednie miejsce na zaplecze nowoczesnego wydziału, ale niestety akurat na tę chwilę nie dysponujemy bardziej przestronnym lokalem. Myślę, że w miarę rozwoju i prowadzonych przez pana działań pomyślimy w przyszłości o czymś solidniejszym.
 
Jarek oniemiał z wrażenia. Nawet w największych marzeniach nie oczekiwał aż tak szybkiego rozwoju wydarzeń. Przetarł lekko pot z czoła i odrzekł poruszony:
 
– Nawet nie wiem, co powinienem panu odpowiedzieć?
 
– Wyrazy wdzięczności zostawmy na później – wtrącił komendant, napełniając dużą filiżankę gorącą kawą. – Przed panem czas długiej próby i wytężonej pracy, ale mam nadzieję, że pan sobie poradzi. Gdyby było inaczej, nasza rozmowa nie miałaby sensu, zgadza się panie Jarku?
 
Wawrzecki jakby ocknął się z głębokiego zamyślenia i odwzajemniając łagodne spojrzenie szefa,  grzecznie odparł:
 
– Całkowicie się z panem zgadzam.
 
– A więc życzę powodzenia oraz... – Komendant przerwał na chwilę, przypominając sobie o czymś pilnym. – ...Aha, jeszcze jedno. Wkrótce odwiedzi pana komisarz Jaryło. Został przydzielony przez MSW i A jako zewnętrzny obserwator, który będzie sprawował kontrolę nad przebiegiem oraz prawidłowością podejmownych przez pana działań. Komisarz Jaryło będzie pana informował na bieżąco o poszczególnych zadaniach, bądź zagrożeniach, jakim będzie pan musiał stawić czoło. Czy chciałby pan jeszcze o coś zapytać? Proszę mówić śmiało, bo później nie będę miał zbyt wiele czasu.
 
Jarek nadal był mocno podekscytowany i nieco oszołomiony całą sytuacją, jednak wciąż nurtował go jeden, całkiem istotny element nowej układanki.
 
– Chciałbym wiedzieć, z kim będę miał przyjemność współpracować. Ze względu na moje niewielkie doświadczenie w sprawach objętych działalnością wydziału myślę, że powinna to być osoba...
 
– Ależ proszę być spokojnym, przecież nie zostawiłbym pana na pastwę losu. Właśnie trwają poszukiwania odpowiedniego dla pana kandydata. Z pewnością będzie to osoba doskonale orientująca się w przeprowadzaniu skomplikowanych policyjnych operacji, a także o dobrej znajomości zagadnień medycyny sądowej.
 
– W takim razie jeszcze raz za wszystko dziękuję – odrzekł Wawrzecki, szykując się do wyjścia. – Zobaczy pan, że o tym wydziale będzie mówił jeszcze cały kraj.
 
– Pożyjemy, zobaczymy, a tymczasem życzę miłego dnia – odpowiedział starszy mężczyzna, powracając do czytania odłożonej wcześniej gazety.
 
Jarosław w znakomitym humorze opuścił biuro szefa. Usiadł wyraźnie rozpromieniony przy swoim stanowisku komputerowym. Był dumny z siebie, że udało mu się osiągnąć od dawna wytyczony cel na przekór „mądrym radom” i wbrew fali subiektywnej krytyki. Mógł wreszcie chwycić los w swoje ręce i po piętnastu latach ascetycznej niewoli w końcu dojrzeć do ambitnych decyzji. Przed oczami rysowały mu się ciekawe wizje pozbawionych szarości i rutyny dni powszednich. Być może dzięki nowym, nieprzewidywalnym wyzwaniom odkryje prawdziwe oblicze otaczającej go rzeczywistości, a przy okazji odnajdzie swoje, ludzkie przeznaczenie.
 
Podczas analizy kolejnego pliku dokumentów, agent kątem oka zauważył kobiecą sylwetkę zbliżającą się w jego kierunku. Nim zdążył się odwrócić w jej stronę, usłyszał zza pleców znajomy głos:
 
– Cześć, Jarek! Znajdziesz dla mnie chwilę czasu? – spytała Iza łagodnym tonem. Ubrana była nadzwyczaj skromnie bez wyzywającego makijażu. Biała koszula z kołnierzem oraz czarne sztruksowe spodnie wyraźnie zaskoczyły agenta, który dotychczas przyzwyczajony był do modnego stylu, jaki reprezentowała jego koleżanka.
 
– Właściwie... Nie za bardzo. Mam sporo do nadrobienia, wiesz to przez to poranne spóźnienie.
 
– Naprawdę nie zajmę ci dużo czasu, zwłaszcza iż to, co mam do powiedzenia, w pewnym stopniu ciebie także dotyczy.
 
Wawrzecki na moment zastygł w bezruchu. Ostatnie słowa kobiety zabrzmiały bardzo tajemniczo. Oboje przeszli wąskim korytarzem do małego pomieszczenia, gdzie znajdowała się palarnia. Jarosław oparł się o niski parapet i ze skrzyżowanymi rękoma wlepił swój wzrok w pochmurny, miejski krajobraz za oknem. Izabela lekko uchyliła jedno okno, wyciągnęła z torebki paczkę papierosów i nerwowo zapaliła. Przez kilka minut panowała napięta atmosfera, jakby zaraz miała nastąpić gwałtowna burza. Jarek przez pewien czas  dyskretnie obserwował zachowanie zdenerwowanej koleżanki. Odnosił wrażenie, że Izabelę ewidentnie coś lub ktoś wyprowadził z równowagi. W takiej sytuacji postanowił jako pierwszy rozpocząć ostrożny dialog.
 
– Pytałaś, czy mam chwilę czasu na rozmowę, a więc słucham, co się dzieje? – mówił Wawrzecki bacznie obserwując każdy ruch swojej rozmówczyni.
 
Młoda kobieta uśmiechnęła się przelotnie i spojrzała przygnębionym wzrokiem.
 
– Nic nadzwyczajnego. Tylko jestem trochę rozczarowana i nieco przytłoczona.
 
– Tak, a mogę wiedzieć czym? – spytał Jarek, powoli tracąc cierpliwość.
 
– Chodzi o Alexa. Opuścił kraj dzisiaj rano. Wiedziałeś o tym? Nawet nie przyszedł się z nami pożegnać. Podobno już dwa tygodnie wcześniej złożył formalne wypowiedzenie. Doprawdy, w swoim życiu na wielu ludziach się zawiodłam, ale po nim się tego nie spodziewałam...
 
 Wawrzecki zamilkł na parę minut. Był w lekkim szoku. Nie dawniej jak wczoraj rozmawiał z nim w pubie, a teraz nagle okazuje się, że jest już daleko stąd, za oceanem. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Spotkanie z Alexem nie było wcale przypadkowe. Pomogło mu podjąć ostateczną i dobrą decyzję z jego punktu widzenia. Alex do ostatniej chwili wahał się z odejściem z pracy, a gdy upewnił się, że Izabela nic do niego nie czuje, postanowił o niej zapomnieć w najbardziej ekstremalny sposób. W pewnym stopniu Jarek czuł się odpowiedzialny za taki stan rzeczy, gdyż zbyt późno zdał sobie sprawę z poważnych konsekwencji swoich nieostrożnych wypowiedzi. Zamiast obiektywnie przedstawić istniejące szanse na rozwój uczuć pozbawił swojego kolegę wszelkich nadziei i pozornych złudzeń. Zwłaszcza, że tak naprawdę nie mógł wiedzieć, jaki stosunek ma do niego Izabela.
 
– ...pracowaliśmy ze sobą od ponad dwóch lat. Zawsze uważałam go za typowego luzaka, ale jego postępowanie przekracza ludzkie pojęcie – ciągnęła dalej Iza, zapalając kolejnego papierosa.
 
– Rzeczywiście nasz kolega nie spisał się najlepiej. Skoro nie zdążył rano wpaść do biura, to mógł przynajmniej zatelefonować.
 
– Owszem zadzwonił. Do komendanta... Zasrany biurokrata! – syknęła kobieta zajadle. – Zachował się jak ostatni drań, egoista i lekkoduch. Myślałam, że ma więcej taktu i wyczucia...
 
    Jarek patrzył na Izę nieco speszonym wzrokiem. Strumień pogardliwych słów zaczynał go niepokoić. Jeszcze nigdy nie widział Izabeli w takim stanie. Nie mógł tylko pojąć, dlaczego tak bardzo przejęła się tym całym zdarzeniem. Czyżby coś umknęło jego uwadze? Wawrzecki zamknął okno, które pod naporem silnego wiatru zaczęło uderzać o boczną ścianę. W pewnym sensie rozumiał zachowanie Alexa, gdyż z odbytej z nim rozmowy wnioskował, że  spośród wszystkich rzeczy na świecie najbardziej zależało mu na związku z Izą. Widocznie istniały ku temu odpowiednie przesłanki, o których Jarek nie miał zielonego pojęcia.
 
– Zgadzam się z tobą, że postąpił podle – zaczął Jarek, unikając wnikliwego spojrzenia kobiety. – Być może miał jakiś poważny powód, aby...
 
– Co chcesz przez to powiedzieć? – przerwała Izabela tonem oburzenia.
 
– Nic. – Uśmiechnął się Jarek, próbując wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. – Po prostu szukam realnej przyczyny takiego postępowania.
 
Powoli oboje zaczęli zbierać się do powrotu na opuszczone stanowiska pracy. Iza sprawiała wrażenie głęboko przygnębionej. Być może również znała prawdziwy powód wyjazdu Alexa, ale nie miała odwagi otwarcie się do tego przyznać. Postanowiła raczej udawać urażoną damę niż zdobyć się na kilka słów wyjaśnień. Zanim Jarek zdążył chwycić za klamkę, pospiesznie dodała:
 
– A ja myślę, że ci zwyczajnie zazdrościł. Dlatego jak tylko nadarzyła się okazja na większą karierę, od razu pognał za „ofertą zachodu”. Nie zniósłby myśli, że właśnie tobie przyjdzie kierowanie nowym wydziałem, a on będzie dalej wykonywał szarą, urzędniczą robotę. Jestem tylko ciekawa,  jak na tym wyjdzie??
 
Wawrzecki pokornie milczał. Znał przecież prawdziwy powód, dla którego Alex celowo uniknął pożegnania w biurze. Zresztą Izabela wyraźnie określiła negatywny stosunek do niego, a więc brak jakiejkolwiek reakcji ze swojej strony uważał za jak najbardziej usprawiedliwiony. Jednak mimo wszystko Jarek czuł się w pewien sposób uwikłany w osobiste porachunki kolegi, a skala posiadanych przez niego informacji, które mogłyby mocno zainteresować Izę, nie wpływała korzystnie na jego wewnętrzne samopoczucie.
 
Gdy tylko pani Miranda opuściła miejski szpital, od razu udała się w kierunku najbliższego postoju taksówek. Ubrana była w kwiecistą, długą spódnicę, czarny sweter i białe pantofle. Wolnym spacerem przeszła obok zespołu ogrodów działkowych, skąpanych w świetle majowego słońca. Miała dosyć biernego oczekiwania na rozwój wydarzeń. Z jednej strony czuła pewien niepokój, dziwne przeczucia nachodziły ją zupełnie bezpodstawnie, bo przecież gdyby coś było nie w porządku, to Jarek byłby pierwszą osobą, od której wszystkiego mogłaby się dowiedzieć. W tej chwili postanowiła jak najszybciej skontaktować się z córką. Uważała to za nadrzędne zadanie, które miała zamiar doprowadzić do końca. Wsiadła do granatowego poloneza i ponownie wyjęła z koperty zmięty list. Oczywiście mogła zadzwonić również ze szpitala, jednak po dłuższym namyśle zrezyg­nowała z takiej możliwości, gdyż potrzebowała specyficznego klimatu, swobody, a przede wszystkim zacisznego miejsca, gdzie mogłaby rozmawiać bez przypadkowych i niepotrzebnych świadków. Zanim Miranda przekroczyła próg domu, spojrzała z zachwytem na rosnące wokół ganku kolorowe kwiaty, po czym z promiennym uśmiechem weszła do środka bogato zdobionej, drewnianej chaty.
 
***
 
Wawrzecki pojawił się w szpitalu wyraźnie zdenerwowany. Wiedział, że za kilka minut usłyszy ostateczną diagnozę dotyczącą aktualnego stanu zdrowia matki. Na ulicach było duszno i bardzo słonecznie. Jarek co chwilę ocierał cieknący pot z czoła. Przed wejściem do szpitala zatrzymał się na chwilę. Kolejna karetka pogotowia przejechała obok niego na włączonym sygnale. Nie miał wcale ochoty wchodzić do środka, ale nie miał też innego wyboru. W końcu przecież obiecał, że przyjdzie, a jak do tej pory zawsze dotrzymywał słowa. Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skierował się ciemnym korytarzem do poczekalni. Przed gabinetem siedziała grupka starszych osób w pochmurnych nastrojach. Jarosław zerknął na zegarek. Właśnie minęła piętnasta. Z początku miał zamiar wejść od razu, ale po wnikliwej ocenie skutków takiego posunięcia postanowił zachować się jak prawdziwy dżentelmen.
 
– Przepraszam państwa... Byłem dzisiaj umówiony z dr Milewskim – zaczął Jarek uprzejmym tonem. – To potrwa parę minut. Właściwie przyszedłem tylko odebrać wyniki badań.
 
 Jedna z kobiet siedzących na drugim końcu ławki zmierzyła wysokiego mężczyznę surowym wzrokiem, po czym ponownie zaczęła nerwowo kończyć jedzenie dużego pączka.
 
– A co to nas obchodzi? – wtrąciła kobieta w modnym kapeluszu. – My tutaj wszyscy czekamy według ustalonej kolejki już kilka godzin.
 
– Rozumiem państwa zniecierpliwienie, ale to naprawdę poważna sprawa. W tym szpitalu leży moja...
 
– Patrzcie go! Na litość będzie nas brał... – burknął otyły mężczyzna z czarnymi wąsami. – A co to pan jakiś uprzywilejowany polityk czy gwiazda telewizyjna, aby mieć pierwszeństwo? Wszyscy płacimy podatki i mamy takie samo prawo do uzyskania pomocy, jak pan...
 
W tym momencie drzwi od gabinetu otworzyły się, a w nich stanął lekarz wyraźnie zaniepokojony tym, co działo się na korytarzu. Jarek czuł się jak mały kundel zagnany w ślepy zaułek przez stado wygłodniałych wilków. Nie był w stanie przeciwstawić się woli większości, a już na pewno nie miał zamiaru prowokować następnej kłótni.
 
– Panie Jarosławie, zapraszam do mnie. Właśnie pana oczekiwałem. Przepraszam państwa, ale z tym panem byłem umówiony w bardzo poważnej sprawie. Zapewniam, że postaram się przyjąć dzisiaj wszystkich.
 
 Kiedy obaj mężczyźni zniknęli za drzwiami gabinetu, na korytarzu rozgorzała gwałtowna, pełna gniewu i złości dyskusja. Na personelu całego szpitala oczekujący w kolejce nie zostawili suchej nitki.
 
***
 
 
Miranda siedziała ze słuchawką przy uchu i w ogromnym napięciu czekała na połączenie z Los Angeles. Z każdą minutą jej serce zaczynało bić coraz mocniej, a w myślach próbowała sobie przypomnieć, jak wygląda jej dawno niewidziana córka. W lewej ręce trzymała wyciągnięty przed sobą list z wyraźnie zaznaczonym numerem telefonu. Zastanawiała się, czy aby na pewno wykręciła właściwy numer. Po kilkunastu minutach nerwowego milczenia w słuchawce odezwał się delikatny, pełen ciepła głos młodej kobiety. Miranda ze łzami w oczach próbowała wykrztusić z siebie chociaż kilka słów, ale wzruszenie skutecznie odebrało jej mowę.
 
– Hallo?! Słucham, Jolanta Wawrzecka przy telefonie. Jeśli w sprawie ogłoszenia, to przykro mi ale...
 
– Cześć córeczko! Poznajesz, kto mówi??
 
 Przez moment w słuchawce zapanowała cisza. Widocznie osoba po tamtej stronie była zupełnie zaskoczona takim niespodziewanym telefonem od bliskiej osoby.
 
– Ja... Mamo, jak to dobrze, że zadzwoniłaś. Przepraszam za to chwilowe zacięcie, ale tak dawno nie słyszałam twojego głosu... – mówiła Jola, jednocześnie płacząc i śmiejąc się ze szczęścia.
 
–­ Długo zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle będziesz chciała ze mną rozmawiać.
 
– Dlaczego, drogie dziecko... – zaprotestowała Miranda łamiącym się głosem. – Przecież osiągnęłaś to, czego chciałaś, zgadza się?
 
– Tak, to prawda, chociaż kosztowało mnie to sporo wysiłku i poświęcenia – odparła córka powoli opanowując pierwsze emocje. – Myślałam jednak, że mnie znienawidzicie za to, że przez tak długi czas nie dawałam żadnego znaku życia. Jeśli będę mogła kiedyś wam w jakiś sposób to wszystko wynagrodzić...
 
– Co też ci takiego przyszło do głowy! Kochanie, wręcz przeciwnie jestem z ciebie naprawdę dumna!
 
– Nigdy nie miałam zamiaru was zranić, a już na pewno zrywać rodzinnych więzi, które pozwoliły mi przetrwać w tym piekielnym kraju najtrudniejsze chwile...
 
– Jolu, nie musisz mi się tłumaczyć – wtrąciła matka, wycierając chustką mokrą twarz. – Twój ostatni list był wystarczającym dowodem na to, że miałaś poważne powody, aby tak postąpić. Najważniejsze, że postanowiłaś się z nami skontaktować. Nawet nie wiesz, jak bardzo nie mogę doczekać się chwili, kiedy wszyscy razem zasiądziemy przy jednym stole.
 
 Jolanta całkiem rozkleiła się do słuchawki. Jak mogła w ogóle zwątpić w głębokie więzi, jakie łączą matkę z jej dzieckiem. Było jej głupio i przykro, że w błędny sposób interpretowała faktyczny stan  uczuć między nimi.
 
– A co z Jarkiem? – zaczęła Jolanta, jakby próbując wypełnić ciszę, która nagle powstała. – Kiedy wyjeżdżałam pracował w jakimś biurze policyjnym. Nadal jest na mnie wściekły?
 
– Niee, przecież znasz go i wiesz, jaki potrafi być uparty... Już trzy lata pracuje w wydziale przetwarzania informacji niejawnych w CBŚ. – Odpowiedziała Miranda, próbując sprowadzić rozmowę na pewniejszy grunt. – Jest zadowolony, ale zupełnie nie ma życia prywatnego i trochę się o niego martwię...
 
– Cieszę się, że znalazł zajęcie w kraju – wtrąciła młoda kobieta trochę przygnębiona. – Tutaj jest bardzo silna konkurencja. Praca na stanowisku kierownika na pewno nie należy do przyjemnych, ale przynajmniej pozwala zapewnić w miarę znośny psychiczny i finansowy komfort. No i oczywiście mogłam załatwić wam tańsze bilety na przelot samolotem w pierwszej klasie... – mówiła opanowanym już głosem.
 
***
 
Jarek trzymał przed sobą wyniki rentgena i pozostałych badań. Z ponurej miny lekarza Wawrzecki wywnioskował, że sytuacja musi być naprawdę krytyczna. Mimo to nie tracił resztki gasnącej powoli nadziei. Mężczyzna w białym fartuchu zdjął okulary, wlepił wzrok w przyciemnione szkła i stłumionym głosem oznajmił:
 
– Niestety, moje obawy potwierdziły się. Jak pan widzi na zdjęciach, został wykryty niewielki guz, którego w żadnym wypadku nie możemy teraz operować. Czy rozmawiał pan już z pacjentką w związku z pierwszą serią wykonanych badań i naszymi podejrzeniami?
 
        Jarosław spuścił wzrok. Rzucił plik papierów na stół i ukrył twarz w dłoniach.
 
– Nie!  Ja po prostu... Nie umiem jej tego powiedzieć. I chyba nigdy nie będę potrafił!
 
Doktor spojrzał ze współczuciem na skulonego mężczyznę. Nie miał pojęcia, jak powinien teraz zareagować, gdyż jego rola w całej sprawie dobiegła właściwie końca.
 
– Takie zwlekanie nie ma najmniejszego sensu. Jeśli pan tego nie zrobi, pańska matka sama wszystkiego się domyśli, a wtedy będzie już za późno na szczere wyjaśnienia.
 
Wawrzecki wyglądał na całkiem załamanego. Usłyszał wiadomość, której tak mocno się obawiał. Podniósł głowę i spytał z bólem w głosie:
 
– Ile... Ile mam... Ile mamy czasu?
 
– Trudno powiedzieć. To zależy od tempa, w jakim będzie rozwijać się choroba. Jeśli na przestrzeni kilku najbliższych tygodni zauważy pan u matki niepokojące objawy, jak: zawroty głowy, przejściowe krwotoki czy drobne zaniki pamięci, wtedy możemy rozpatrywać jej stan na przestrzeni kilku miesięcy lub tygodni.
 
– Przecież żyjemy w XXI wieku, w epoce lotów kosmicznych i nowoczesnych technologii –wtrącił Wawrzecki pełen goryczy i rozdrażnienia. – Czy nie ma na świecie miejsca, w którym można byłoby dokonać operacji? Nieważne są koszty. Zrobię wszystko, aby znaleźć dla niej ratunek.
 
Na twarzy lekarza pojawiły się ledwo zauważalne oznaki politowania i sarkazmu. Założył ponownie okulary i wyciągnął z szuflady kartę następnego pacjenta czekającego w kolejce.
 
– Podziwiam w panu chęć walki i gotowość do największych poświęceń, ale proszę mi wierzyć, że nie tylko w przypadku pańskiej matki nauka jest bezsilna. Są przecież inne od dawna gnębiące ludzkość choroby, jak: białaczka, HIV, AIDS czy inne zagrożenia chociażby w postaci potwornych kataklizmów. Im szybciej to zaakceptujemy, tym lżej przyjdzie nam pogodzić się z wieloma porażkami, jakie poniesiemy jeszcze w naszym życiu.
 
Jarek był blady na twarzy. Przed oczami obraz stawał mu się coraz ciemniejszy, a ręce zaczynały drżeć od nerwowego napięcia. Starszy mężczyzna spojrzał dyskretnie na zegarek i uprzejmie oznajmił:
 
– Proszę zrobić, jak panu radziłem i porozmawiać z matką. Inaczej zadręczą pana własne myśli a potem wyrzuty sumienia... Przepraszam teraz... Jeśli pan pozwoli, ale obiecałem przyjąć grupę osób czekających na zewnątrz.
 
Wawrzecki wstał z krzesła, jakby wyrwany z głębokiego transu i wymamrotał przez zęby:
 
– Tak.... Oczywiście, rozumiem.
 
         Jarosław skierował się do wyjścia, a gdy znalazł się już obok drzwi łagodnie dorzucił:
 
– Dziękuję za dokładne przedstawienie obecnej sytuacji. Pójdę teraz do niej... Przynajmniej tyle mogę zrobić.  
 
       Lekarz spojrzał pospiesznie na leżące na biurku notatki i pospiesznie zwrócił się do Jarka:
 
– Chwileczkę, niech pan poczeka! Właśnie zapomniałem o czymś panu powiedzieć.
 
 
***
 
 
– A co u ciebie, mamo? – spytała ponownie Jola. – Jak się czujesz? Słyszałam, że mieliście ostatnio srogą zimę?                                                                          
 
– Tak, ale w moim wieku wystarczy lekki podmuch wiatru i katar gotowy. Na szczęście w tej chwili jestem zdrowa i tylko nie mam dla kogo gotować…
 
– W takim razie po raz kolejny zapraszam was na mój ślub we wrześniu. Mam nadzieję, że oboje będziecie mogli przyjechać, chociaż na kilka dni...
 
– Wiesz, nie wiem jak Jarek, ale na mnie możesz liczyć – oznajmiła Miranda trochę zakłopotana. – W końcu taki dzień zdarza się tylko raz w życiu, prawda?
 
 W słuchawce nastała chwila milczenia. Jola wyczuła w głosie matki pewien niepokój i smutek. Spodziewała się, że w tym dniu będzie świętować z całą rodziną. Zresztą przeczuwała, że jeśli chodzi o Jarka, będzie musiała pogodzić się z każdą jego decyzją nawet, jeśli miałaby być ona mocno przesadzona i bardzo bolesna.
 
– No cóż, nie będę go do niczego zmuszać... – zaczęła młoda kobieta nieco przytłumionym głosem. – Jak będziesz się z nim widziała, to pozdrów go ode mnie i przeproś...
 
– Ależ dziecko nie masz, za co go przepraszać! Znasz go i wiesz, jaki...
 
– Właśnie, dlatego chcę mu wszystko wyjaśnić – wtrąciła Jola wyraźnie rozżalona. – Chociaż wydaje mi się, że w liście dokładnie wyjaśniłam, co działo się ze mną, zanim poznałam Steve’a i zaczęłam pracę w Los Angeles. Mamo?
 
– Tak, Jolu?
 
– Możesz dać mi numer do niego. Chciałabym w wolnej chwili z nim porozmawiać.
 
– Zaraz poszukam.
 
 Po kilku minutach w słuchawce odezwał się zdyszany głos matki.
 
– Znalazłam go. I nie przejmuj się Jarkiem. Zobaczysz, że jeszcze wszyscy będziemy śmiać się z tej historii. Cokolwiek między nami do tej pory zaszło, nie może zniszczyć naszej więzi. Pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić i kochamy ciebie bez względu na to, jak odmienne wcześniej mieliśmy zdania na temat twojego wyjazdu.
 
– Dziękuję ci mamo. Ta rozmowa była dla mnie niezwykle ważna. Tak bardzo chciałabym was teraz zobaczyć... – Głos Joli zupełnie się załamał. Gdy tylko Miranda podała numer telefonu do Jarka i pożegnała się z córką, wybuchnęła spazmatycznym płaczem. Kartka papieru razem z kopertą upadły na podłogę. Starsza kobieta odczuła nagle głębokie uczucie tęsknoty za córką. Do tej pory żyła z dnia na dzień, pielęgnując ogród, czytając książki lub martwiąc się o Jarka. Czasami wspominała dawne dzieje, przeglądając stare zdjęcia, ale nic nie jest w stanie zastąpić żywego obrazu oraz emocji, jakie się z nim wiążą.
 
Wawrzecki w paskudnym nastroju opuścił szpital. Wsiadł do swojego samochodu i przez kilka minut siedział w bezruchu ze wzrokiem wlepionym w przednią szybę. Był zobojętniały a zarazem wściekły na cały świat. Tak długo wzbraniał się przed okazywaniem jakiejkolwiek słabości, aż w końcu nie wytrzymał i … dopadł go płacz. Wydawało mu się, że znajduje się w jakimś sennym koszmarze, który dopiero nabiera kształtów, aby przeistoczyć się w najbardziej drastyczny horror. Niepokoiła go również wiadomość o dobrowolnym opuszczeniu szpitala przez matkę. Być może uznała swój pobyt za pozbawiony jakiegokolwiek sensu i najzwyczajniej postanowiła oczekiwać na wyniki badań w domu. Jarek przypomniał sobie słowa lekarza, który powiedział: „...że pani Miranda pojechała w miejsce, które powinien dobrze znać – do Rodzinnego Gniazda”. Jarosław od razu skojarzył, o co może chodzić. Kiedyś wspólnie z siostrą nazwali tak tereny rozciągające się wokół domu babci, gdzie oprócz lasów, rozległych pól i łąk nie było żywej duszy. Rodzinne Gniazdo od zawsze kojarzyło się mu z okresem beztroskiego dzieciństwa, z czasami, kiedy wychowywał się w pełnej rodzinie, w atmosferze wzajemnej miłości i zrozumienia. Wtedy jeszcze mieszkali razem z Wiktorem, który pracował już jakiś czas jako lekarz w prywatnej przychodni. Do gniazda przyjeżdżali zawsze z matką, by odetchnąć od zgiełku miasta i nabrać nowych sił na resztę ponurych miesięcy. Z tamtej epoki pozostały jedynie czarnobiałe zdjęcia i cień ojca, którego tak naprawdę słabo pamiętał. Z opowieści Mirandy wynikało, że zostawił ich dla młodszej kobiety, bliskiej przyjaciółki matki. Z tego więc powodu Jarek nie miał zamiaru poznawać człowieka, za którego musiałby się tylko wstydzić. W końcu należał do tej samej brzydkiej płci, a sam fakt bycia mężczyzną nieustannie przypominał mu jakich błędów powinien się wystrzegać i na co uważać. Dopiero później, kiedy warunki ekonomiczne zmusiły Jarka do pozostania w mieście, przestał zwracać uwagę na piękno przyrody i potrzebę wyciszenia. Stał się jak wielu innych ludzi typowym mieszczuchem, obojętnym na wszystko, co się dzieje dookoła z wyjątkiem zagadnień związanych z wykonywaniem pracy. Jednak nadchodził nowy etap w życiu Wawrzeckiego. Od tego momentu już nic nie miało wyglądać i być tak jak dotychczas. W dużym stopniu zmiany te sam spowodował już od chwili, w której zdecydował się zrealizować swoje marzenia. A czy może być coś wspanialszego od ich spełnienia? Owszem, jest jeszcze miłość, ale o tym Jarek miał się dopiero przekonać...
 
 
***
 
Na ulicach głównego miasta panował potworny hałas. Większość mieszkańców powracających z pracy tkwiła w długim i jakże dokuczliwym korku. Jedynie osoby piesze poruszały się w normalnym tempie, ale ze względu na dużą ilość świateł ulicznych nawet one czekały na przejściach po kilka minut. Izabela wąskim chodnikiem kierowała się w stronę niedawno otwartego banku. Chciała wyjaśnić pewne nieścisłości w związku ze stanem swojego konta. Ubrana była w ciemne dżinsy i bordową marynarkę. Kiedy przechodziła obok niewielkiego biura podróży, spojrzała przelotnie na wystawowe okno. Wśród licznych ofert wycieczek zagranicznych w centralnym miejscu wisiał plakat reklamujący atrakcyjny wypoczynek we Włoszech. Iza zwróciła uwagę na przedstawione na nim uśmiechnięte twarze szczęśliwej rodziny. Poczuła nagle głęboko drzemiący w niej smutek. Przypomniała sobie, jak kiedyś obiecała Basi, że gdy tylko podrośnie pojadą razem zwiedzić Rzym oraz miejsce, w którym urzęduje największy polski autorytet – ojciec św. Jan Paweł II. Tymczasem w tej chwili było to niemożliwe. Skupiła się więc na zebraniu odpowiednich funduszy w celu umożliwienia córce całkowitego powrotu do zdrowia. Wiązało się to z przeprowadzeniem skomplikowanej operacji, ogromnymi kosztami oraz długotrwałym leczeniem w specjalistycznej klinice. Jak do tej pory udało się jej uzbierać zaledwie połowę wymaganej kwoty. Nie liczyła na pomoc bliskich, którzy w największej potrzebie odwrócili się od niej zbulwersowani jej ostateczną decyzją o samotnym wychowywaniu dziecka. Nie wierzyła w cuda, chociaż była praktykującą katoliczką i wiara była dla niej jedynym oparciem w czasie największych załamań, bądź życiowych kryzysów. Nie wierzyła w cuda... Aż do wczorajszego dnia, w którym podczas podejmowania pieniędzy z bankomatu zorientowała się, że na jej koncie znajduje się dosyć szokująca suma pieniędzy. Postanowiła zatem osobiście sprawdzić, czy nie nastąpiła jakaś poważna pomyłka w związku z właściwą identyfikacją operacji finansowych.
 
– Dzień dobry! – zaczęła Izabela z lekkim uśmiechem po zatrzymaniu się przy stanowisku obsługi klienta.
 
– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc? – odezwał się starszy mężczyzna w okularach.
 
– Chciałabym dowiedzieć się, skąd wzięła się ta kwota na moim koncie? – zapytała kobieta, pokazując wydruk z bankomatu.
 
Pracownik banku wprowadził dane do komputera, po czym po kilku minutach wydrukował listę dokonanych w ostatnim miesiącu operacji.
 
– Proszę w tym miejscu – mówił mężczyzna podkreślając długopisem imponującą kwotę – został dokonany przelew na sumę 50 tysięcy dolarów pod koniec zeszłego tygodnia.
 
– Czy może pan ustalić, kto był jego nadawcą? – pytała Iza, wciąż nie dowierzając swoim oczom.
 
– Przykro mi, ale nie zostałem do tego upoważniony.
 
Izabela nie miała pojęcia, kto był aż tak wspaniałomyślny, aby sprawić jej tak ogromną niespodziankę. Uznała to za objaw Bożej opatrzności, która na nowo rozpaliła w niej przytłumioną nadzieję. Nadal jednak nie potrafiła spokojnie odejść bez jakiejkolwiek drobnej informacji, która zaspokoiłaby jej rozbudzoną ciekawość.
 
– Proszę pana... To dla mnie bardzo ważne. Ktoś sprawił mi hojny prezent, a ja nawet nie znam jego imienia. Chciałabym mu tylko podziękować. Proszę mnie zrozumieć...
 
 Urzędnik w szarym garniturze uśmiechnął się z politowaniem, po czym cicho odrzekł:
 
– Mogę tylko powiedzieć, że był to wysoki mężczyzna. Nic więcej, gdyż nasz klient zastrzegł sobie anonimowość.
 
– A nie pamięta pan może, w jakim był wieku??
 
 Na twarzy opanowanego do tej pory pracownika pojawił się skrzywiony grymas.
 
– W takim razie dziękuję panu za pomoc i przepraszam za wszelkie kłopoty. Do widzenia! – dorzuciła na koniec, kierując się w stronę wyjścia.
 
Izabela wyszła z banku zupełnie odmieniona. Uśmiechała się pod nosem, a oczami wyobraźni widziała już siebie z córeczką spacerujących włoskimi uliczkami. Minęła sieć sklepów zlokalizowanych po obu stronach ulicy i skręciła w wąską alejkę przebiegającą przez zanurzony w półmroku park. Z opisu pracownika banku domyślała się, kim może być tajemniczy darczyńca i ta myśl głęboko ją poruszyła. W końcu nie każdy otrzymuje takie dary od losu. Za te pieniądze będzie mogła wreszcie zafundować Basi  kosztowną operację oraz opłacić jej dalsze leczenie w Polsce. "A więc jednak są jeszcze na tym świecie wrażliwi altruiści pragnący nieść bezinteresowną pomoc innym ludziom” – pomyślała Iza, wsiadając do miejskiego autobusu. W tym wielkim natłoku spiętrzonych emocji i myśli nawet nie zastanawiała się, w jaki sposób osoba, którą tak dobrze zna, zdobyła tyle pieniędzy. Być może wcale ją to nie interesowało, gdyż zbyt długo czekała na odmianę losu i była gotowa podjąć wszelkie kroki, aby ratować najbliższą jej sercu małą, bezbronną istotkę, bez której nie wyobrażała sobie w ogóle sensu i celu dalszego istnienia.
 
Nad miastem słońce powoli kryło się za horyzontem. W małych, przepojonych biedą i zapachem alkoholu dzielnicach zaczynały się kolejne domowe imprezy. Na ulicach biegały rozbawione dzieci, które wolały spędzać większość czasu z dala od rodziców niż uczestniczyć w domowych przyjęciach lub kłótniach. Zapowiadał się pogodny i ciepły wieczór. Dla większości ludzi młodych był to doskonały czas na zabawę w klubach, a dla zakochanych na romantyczne spacery pod rozgwieżdżonym niebem. Niektórzy woleli spędzać resztę wolnego czasu po pracy z piwem, oglądając kolejną relację z meczu albo kolejny, mało ambitny serial „z doskonałymi sylwetkami młodych ludzi w roli głównej i o papierowej rzeczywistości”. Oto szczyt marzeń najwyższy stopień rozwoju obecnej cywilizacji. Smak wolności według politycznego scenariusza zagwarantowany przez jakże ,,troskliwe” państwo. Od przygnębienia rozbiorami, wyniszczenia I i II wojną światową, wzmocnienia papieską solidarnością aż do europejskiego przygarnięcia -  wolność, która była wartością nadrzędną i najcenniejszą. Co dzisiaj mogą odrzec nasi przodkowie, którzy oddali swe życie za pokój w rodzinnym kraju? Lepiej niech śpią w krainie umarłych, bo ich gorycz i gniew byłyby obecnie niewyobrażalne...
 
***
 
Około godziny dwudziestej Jarosław dotarł do miejsca, w którym spędził najlepsze lata młodości. Zgodnie z radą lekarza zdecydował się poważnie porozmawiać z matką. Niepokoiła go jednak myśl o tym, w jaki sposób Miranda zareaguje na ujawnione przez niego rewelacje. Ostatnim razem, kiedy widzieli się w szpitalu, osobiście ją zapewniał, że nie ma na razie żadnych podstaw do zmartwień. Tymczasem już od ponad miesiąca miał świadomość, że wszystko wygląda zupełnie inaczej. Dzisiejsze wyniki badań tylko potwierdziły wcześniejszą diagnozę. Czuł do siebie wstręt i obrzydzenie w związku z chorobliwym ukrywaniem prawdy, ale nie mógł pogodzić się z myślą, że potok gorzkich słów skutecznie zniszczy jej  ,,romantyczny” sposób postrzegania świata. Bardziej niż piekielnego ognia obawiał się jej odtrącenia, utraty dalszego zaufania oraz matczynego wsparcia, na które mógł zawsze liczyć w trudnych sytuacjach. Ubrany w niebieską koszulę w kratkę i dżinsowe spodnie szedł powoli w kierunku drewnianego domku. Wokół było już dosyć ciemno. Tylko przed domem dwie lampy oświetlały niewielki ganek otoczony różnymi gatunkami kwiatów. Wawrzecki nawet nie zdążył dobrze przyjrzeć się, kto może siedzieć na ławce po lewej stronie od drzwi, gdy z daleka usłyszał radosny głos:
 
– Jarek, to ty?! Myślałam, że przyjedziesz jutro... – zawołała Miranda, zdejmując okulary i odkładając książkę na bok. – No, cóż mam nadzieję, że następnym razem zdążę upiec twoje ulubione ciasto.
 
– Nie trzeba mamo! – przerwał syn, całując kobietę w czoło. – Jeszcze nie raz będzie okazja do świętowania!
 
 Jarosław usiadł na ławce obok matki i próbował opanować w głowie plątaninę mrocznych myśli. Dotknął rękoma obu skroni i, lekko naciskając te same miejsca, starał się zmniejszyć pulsujący ból.
 
– Źle się czujesz? – spytała Miranda trochę zaniepokojona. – Mówiłam ci tyle razy, że za długo siedzisz przed komputerem. Poczekaj, zaraz coś ci przyniosę. Dostałam od sąsiadki wspaniałą herbatę ziołową o działaniu uspokajającym.
 
Zanim mężczyzna zdążył stanowczo zaprzeczyć, Miranda w mgnieniu oka pojawiła się z tacą, na której znajdował się porcelanowy dzbanek i dwie szklanki.
 
– Dziękuję, ale naprawdę nic mi nie dolega – odparł Jarek widząc, jak matka nalewa do szklanki gorący napój. – Po prostu zbyt wiele czasu spędzam w zamkniętym biurze, a tutaj powietrze przesiąknięte jest zapachem bzu i innych kwiatów. Właściwie przyjechałem, aby cię o coś zapytać...
 
– Tak, słucham? – spytała wracając do przerwanej lektury.
 
– Dlaczego opuściłaś szpital? Przecież lekarz ci zabronił?!
 
– Tak, a na jakiej podstawie mieli mnie dłużej tam przetrzymywać? – odezwała się Miranda surowym głosem. – Miałam bezczynnie siedzieć w tym białym, zimnym grobowcu, aż naprawdę zachoruję? Jak próbowałam się czegokolwiek dowiedzieć na temat swojego stanu zdrowia, nikt nie potrafił mi udzielić konkretnej odpowiedzi. Pomyślałam sobie wtedy, że albo naprawdę nic nie wiedzą, albo coś przede mną ukrywają.
 
Wawrzecki wyraźnie pobladł na twarzy. Zbliżał się dla niego ten najbardziej krytyczny moment.
 
– Jareczku, powiedz mi, czy rzeczywiście wyniki badań nie wykazały nic niepokojącego??
 
 Mężczyzna poczuł, jak fala napięcia przepływa przez całe jego ciało. W gardle zrobiło mu się sucho, a czoło oblał zimny pot. Sięgnął po szklankę herbaty i opróżnił ją do dna.
 
– Wszystko jest w porządku? Zgadza się?
 
 Jarek spojrzał na uśmiechniętą i pełną wewnętrznej energii kobietę. Czuł, że w tej chwili powinien powiedzieć jej prawdę. Z drugiej strony odkrycie wszystkich kart byłoby fatalne w skutkach dla obu stron. Jak zwykle w takich sytuacjach zabrakło mu pewności siebie i szczypty odwagi.
 
– Tak – odparł z wielkim trudem.
 
– A widzisz... Tego się spodziewałam. Zwykły człowiek czasami potrafi lepiej ocenić, co mu dolega i kiedy jest zdrowy. Pamiętasz tę starszą panią, która leżała razem ze mną na sali??
 
– Co? Ach, tak przypominam sobie... – wycedził Jarek przytłumionym głosem, cały czas unikając kontaktu wzrokowego.
 
– Opowiedziała mi o tragicznej pomyłce, jaka przydarzyła się jej dalekiej kuzynce.
 
 Wawrzecki utkwił przygnębiony wzrok w fontannie stojącej zaraz przy wejściu do rozległego ogrodu. Intrygowała go postać klęczącego anioła, który wkomponowany był w samym jej środku. Jego smutna, a zarazem przeszywająca twarz niemal go zahipnotyzowała. Miał wrażenie, jakby z pogrążonego w ciemnościach ogrodu przebijały się karcące i pełne pogardy oczy milczącej figury.
 
– Przez dwa tygodnie leżała na oddziale zakaźnym z podejrzeniem żółtaczki – ciągnęła Miranda swoją opowieść. – Okazało się, że to właśnie w szpitalu została zakażona przez niedoświadczoną pielęgniarkę, która użyła zainfekowanej igły. Zmarła po kilku tygodniach. Myślałam, że w XXI wieku medycyna wykluczyła już takie pomyłki... Jarek, ale czy ty mnie w ogóle słuchasz?
 
Wawrzecki ocknął się z głębokiego zamyślenia i pospiesznie odrzekł:
 
– Tak to rzeczywiście paskudna historia. Mamo, ale ja chciałbym ci o czymś powiedzieć... – Zaczął ponownie drżącym głosem, podejmując się kolejnej próby wyjawienia dręczących go faktów.
 
– Rozmawiałeś z Jolą? – Przerwała matka z pewnym podekscytowaniem zauważając dziwny grymas na twarzy syna. – Tak przypuszczałam, bo odkąd przyjechałeś jesteś bardzo spięty.
 
– Nie, chodzi mi... A dlaczego o nią pytasz? Czy ona dzisiaj do ciebie dzwoniła?
 
 Pani Wawrzecka bezwiednie opuściła głowę. Wydawało się jej, że wreszcie usłyszy to, na co od dawna czekała. Tymczasem znowu pozostawała jej żmudna i niewdzięczna rola mediatora.
 
– Raczej to ja do niej zadzwoniłam. W końcu wcześniej jako pierwsza wyciągnęła do nas dłoń.
 
– I co? Pewnie nie było jej w domu? – Dodał agent z przekorą.
 
Starsza kobieta spojrzała z oburzeniem na syna.
 
– Wręcz przeciwnie. Rozmawiałyśmy chyba z godzinę. I jestem z tej rozmowy bardzo zadowolona.
 
 Jarek wstał z ławki i zaczął nerwowo chodzić po drewnianej podłodze. Podszedł do balustrady i spojrzał na rozświetlone gwiazdami niebo.
 
– Pewnie starała się ciebie przekonać, że nie miała innego wyboru i musiała na jakiś czas zapomnieć o najbliższych – odparł wciąż odwrócony tyłem.
 
– Jak możesz w taki sposób o niej mówić!! – wrzasnęła Miranda wyraźnie oburzona. – Skąd możesz wiedzieć, przez co musiała przejść, skoro nawet nie zajrzałeś do jej listu! Dlaczego jesteś taki zawzięty?!?
 
– Widzę, że już zdążyła przeciągnąć cię na swoją stronę. W każdym razie ja tak łatwo nie zapominam o przeszłości.
 
 Pani Wawrzecka wstała z ławki i podeszła do odwróconego tyłem syna. W oczach błysnęły łzy, a twarz wypełnił gorzki grymas. Położyła dłoń na ramieniu Jarka i łamiącym głosem oznajmiła:
 
– Spodziewałam się po tobie takiej reakcji. Nie będę cię do niczego przekonywać, ale chcę, żebyś sobie coś zapamiętał. Wszyscy popełniamy błędy i bez względu, jaki przybierają one charakter, to naszym obowiązkiem moralnym, jeśli mamy tworzyć rodzinę, jest umieć wybaczyć. Dopóki tego nie zrozumiesz, nie będziemy więcej rozmawiać na ten temat.
 
 Starsza kobieta zabrała ze stołu tacę z naczyniami i zniknęła w środku chaty. Wawrzecki stał wciąż osłupiały ze wzrokiem wlepionym w zamknięte drzwi. Przyjechał tutaj, aby wreszcie uwolnić się od tego psychicznego ciężaru, jaki doskwierał mu z dnia na dzień coraz mocniej. Tymczasem wywołał znów niepotrzebną kłótnię, która na pewien czas oddaliła okoliczności sprzyjające uzyskaniu wzajemnego porozumienia. Zastanawiał się, dlaczego nie potrafi wybaczyć Joli? Czuł do niej żal i głębokie rozczarowanie po tym, jak w trudnej dla nich sytuacji materialnej postanowiła wyjechać w celu znalezienia lepszych perspektyw do życia, zapewniając przy tym, iż jak tylko uda się jej znaleźć dobrą pracę, to od razu da im znać. Dlaczego było w nim tyle zakorzenionej złości i żelaznej niechęci? Sam nie umiał do końca zrozumieć. Być może nie był zdolny do takich poświęceń jak siostra i nie miał w sobie tyle determinacji oraz określonej dawki wewnętrznego optymizmu, które pozwoliły jej wyruszyć w obcy świat jedynie z plecakiem młodzieńczego zapału. Do pewnego stopnia ją podziwiał, a nawet ucieszył się, gdy usłyszał, jak dobrze sobie radzi i jest szczęśliwa. Tymczasem Jarek dopiero próbował zdefiniować, czym jest dla niego szczęście? Owszem, wykonywał zajęcie, które mu odpowiada i, chociaż nie zarabiał wielkich pieniędzy, miał przekonanie, że pracuje dla dobra ogółu i polepszenia warunków bezpieczeństwa w kraju. Niebawem będzie miał nawet okazję połączyć swoje zainteresowania z nowym rodzajem obowiązków, a więc spełnią się jego odległe, największe marzenia. Nikt w takiej chwili nie może narzekać na brak szczęścia. A jednak gdzieś w głębi duszy zazdrościł Joli udanego związku, którego ukoronowaniem miał być teraz huczny ślub. Nie potrafił pogodzić się z myślą, iż jego młodsza siostra znacznie szybciej dojrzała i stała się kobietą, a więc w pełni świadomą swoich atrybutów i zdolności. Zastanawiał się, dlaczego nie potrafi postępować podobnie. Czyżby nie był zdolny do przeżycia prawdziwej miłości? Czyżby całe życie miał spędzić w samotności w ciągłej obawie przed utratą swoich najbliższych?? A może sam był po części winien takiej sytuacji, gdyż miał zbyt wysokie wymagania wobec potencjalnych kandydatek na żonę… O tym miał się przekonać już wkrótce.
 
 
***
 
Izabela siedziała z głową opartą na ramieniu nad łóżkiem śpiącej dziewczynki. Odwróciła na chwilę twarz w kierunku niewielkiego okna. Był słoneczny, niedzielny poranek. Kilka dni temu zdecydowała się towarzyszyć córce podczas podróży do Hamburga, gdzie w specjalistycznej klinice im. Klausa Brummera zostanie przeprowadzona od dawna zaplanowana operacja przeszczepu szpiku kostnego. Bardzo długo szukano odpowiedniego dawcy i dopiero niedawno okazało się, że został odnaleziony poprzez internet właśnie w Niemczech. Oczywiście wiązało się to z zapewnieniem przez rodziców odpowiednich gwarancji finansowych umożliwiających rozpoczęcie skutecznego leczenia. Lśniące i bujne dotąd włosy Izy były związane teraz z tyłu głowy w koński ogon. Na plecy miała zarzucony biały fartuch, a pozbawiona makijażu twarz ujawniała wszelkie oznaki przemęczenia oraz zaniepokojenia dalszym losem ukochanego dziecka. Tymczasem dziewczynka otworzyła oczy. Lekko uniosła głowę i zauważyła niedaleko łóżka pochyloną, zatopioną w półśnie kobietę.
 
– Mamo... Całą noc tutaj przesiedziałaś? – zapytała Basia z troską w głosie.
 
 Izabela momentalnie otworzyła oczy i z uśmiechem odparła:
 
– Nic mi nie będzie kochanie. Odpoczywaj... Spójrz, jaki mamy dzisiaj piękny dzień. – Mówiła, wskazując dłonią na krajobraz za oknem. – Pomyśl tylko, że za kilka godzin zacznie się dla ciebie nowy rozdział w twoim życiu.
 
 Na twarzy Barbary pojawiło się gwałtowne przygnębienie i smutek. Jej ręce były wychudzone i całkiem sine. Głowę miała owiniętą zieloną chustką. Całe jej ciało nosiło widoczne ślady zmagania się z chorobą
 
– Mamo...
 
– Tak, Basiu?? – Odparła Iza, przysuwając krzesło bliżej łóżka. – Chcesz coś do picia?
 
– Nie, tylko... Boję się – oznajmiła dziewczynka, mocno ściskając w rękach żółtego pieska. – A jak coś się nie uda? Mamusiu, powiedz, że nie pozwolisz tym ludziom wyrządzić mi krzywdy??
 
Izabela z trudem powstrzymywała się od płaczu, jednak cały czas starała się zachować stoicki spokój, aby w żaden sposób nie wywołać dodatkowych i szkodliwych emocji u dziecka.
 
– Tak kochanie... – odpowiedziała kobieta drżącym głosem, przytulając do siebie głowę Basi. – Obiecuję ci, że jak tylko będzie po wszystkim i nabierzesz dużo sił, to pojedziemy razem na długą wycieczkę.
 
– W to  miejsce, o którym mi kiedyś opowiadałaś?
 
– Tak. Gdziekolwiek będziesz chciała.
 
– I popłyniemy gondolą?
 
– Oczywiście.
 
– I będę mogła zobaczyć, gdzie mieszka nasz papież?
 
– Tak, a teraz spróbuj jeszcze trochę pospać...
 
 W tym momencie do pokoju wszedł otyły mężczyzna w białym fartuchu i dyskretnym gestem poprosił Izę o chwilę rozmowy na zewnątrz. Matka pożegnała się serdecznie z córką, po czym opuściła pomieszczenie razem z doktorem. Podczas, gdy lekarz omawiał szczegóły oraz ryzyko związane z przebiegiem operacji, kobieta cały czas obserwowała leżącą Basię zza oszklonej ściany.
 
–...dlatego szpik Barbary musieliśmy zniszczyć przez leki i napromieniowanie. – Ciągnął dalej swój naukowy wykład brodaty mężczyzna nieco poirytowany brakiem jakiejkolwiek uwagi ze strony swojej rozmówczyni. – W tej chwili mamy zamiar pobrać szpik od zdrowego dawcy z jego mostka lub miednicy, aby następnie wprowadzić go do żył naszej małej pacjentki.
 
– Panie doktorze. Proszę mi powiedzieć, ale bez używania całej tej skomplikowanej terminologii... Jakie są szanse, że operacja… – Iza urwała z lękiem w oczach.
 
– Że operacja się powiedzie? – dokończył lekarz surowym tonem. – Hmm, jak już wcześniej wspominałem, istnieje duże ryzyko odrzucenia szpiku przez organizm dziecka. To naturalna reakcja układu odpornościowego na obecność jakichkolwiek mikroorganizmów pochodzących ze środowiska zewnętrznego, jak w przypadku zwykłych bakterii. Jednak w naszym przypadku ta funkcja układu może okazać się dla nas bardzo kłopotliwa.
 
– Więc teraz jedyna nadzieja w Bogu... – wtrąciła Izabela, ocierając łzy cieknące po obu policzkach.
 
– Myślę, że dodatkowego wsparcia nigdy za wiele, a w tej sytuacji jest ono nawet wskazane – odparł lekarz, odprowadzając Izę w kierunku poczekalni.
 
Izabela sprawiała wrażenie silnej i opanowanej kobiety, jednak w środku drżała z przerażenia na samą myśl, że wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, niż sobie to wymarzyła. Przez moment pomyślała o ojcu dziecka, który w takiej chwili również powinien być tutaj obok niej. Niestety. Człowiek, który na początku wydawał się jej taki wspaniały i troskliwy, w efekcie okazał się zwykłym draniem i sprytnym oszustem. A rodzice? Nawet nie mieli pojęcia, gdzie się teraz znajduje i jak bardzo cierpi. Była skazana sama na siebie, zresztą z biegiem lat zdążyła już do tego przywyknąć. „Licz wyłącznie na siebie, gdy jesteś w potrzebie”.– Taką zasadę skutecznie stosowała w życiu. No właśnie... Ale gdyby nie tajemniczy ofiarodawca do tej pory tkwiłaby w martwym punkcie.
 
***
 
Ciepłe, majowe słońce spoglądało z błękitnego nieba na przebudzoną niedawno Warszawę. Przed zabytkowym kościołem z czerwonej cegły siedział, jak co dzień miejscowy włóczęga w podartym kapeluszu i z tabliczką u szyi. Resztkami starego chleba dzielił się ze swoim psem oraz ze stadem wygłodniałych gołębi, które kręciło się na niższych stopniach przed wejściem do świątyni. Zza zamkniętych drzwi dobiegał odgłos trwającej już od kilkunastu minut porannej mszy. Tak jak w każdą niedzielę wśród uczestników modlitwy dominowały osoby dorosłe i starsze, a tylko niewielki procent stanowiła młodzież oraz dzieci. Garstka ludzi młodych porozrzucana była po obu bocznych nawach kościoła, przy czym żadna z ławek w ten dzień nigdy nie była pusta. Kobieta w średnim wieku ubrana dosyć gustownie i modnie, z białym kapeluszem na głowie siedziała w jednej z ostatnich ławek, słuchając z wielkim przejęciem niedzielnego kazania. Z wysokiej ambony grzmiał surowy i pełen emocji głos księdza proboszcza.
 
– „Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła”[1] – mówił starszy człowiek, przytaczając fragment przeczytanej wcześniej ewangelii podczas liturgii słowa. –„A jeśli prawa ręka twoja cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie, albowiem, będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby miało całe ciało twoje miało pójść do piekła”.[2]
 
 Na twarzach słuchaczy pojawił się smutny grymas. Jeden przed drugim próbował ukryć przytłoczony wzrok, przybierając pozę martwego posągu. W tylnej nawie kościoła stała młoda postać w niebieskiej bluzie z kapturem zarzuconym na głowę. Lekko opierała się o kamienny filar, stojąc w nieco zacienionym miejscu. Miała skrzyżowane ręce i pilnie przysłuchiwała się słowom księdza. Od samego początku, zanim jeszcze rozpoczęła się msza, pojawienie się dziewczyny w kapturze mocno oburzyło społeczność katolicką zgromadzoną w ostatnich ławkach. Obecność aroganckiej nastolatki również u kobiety w białym kapeluszu wzbudziła negatywne uczucia. Toteż, co jakiś czas biała dama zerkała w kierunku chudej postaci z nadzieją ujrzenia i zapamiętania niewdzięcznej twarzy. Niestety. Zarówno duża średnica samej kolumny oraz panujący dookoła niej półmrok, a także rozpiętość kaptura skutecznie uniemożliwiały dokonanie jakiegokolwiek rozpoznania.
 
– A zatem moi kochani... Bracia i siostry! – mówił dalej proboszcz coraz bardziej wzruszonym głosem. – Zastanówmy się, kiedy mamy do czynienia z grzechem? Kiedy z drogi do zbawienia zbaczamy na drogę przestępstwa, albo gdy zaślepieni obrazem chwilowego szczęścia stajemy się przyczyną rozpadu czyjegoś lub własnego małżeństwa, sami odcinamy od siebie kolejne więzi łączące nas z Bogiem. Jeśli pozwolimy sobie na zanik głosu sumienia, to zatracimy tym samym umiejętność dostrzegania istoty grzechu. A wtedy nikt i nic nie będzie w stanie nam więcej pomóc...
 
           Kobieta w białym kapeluszu bezwiednie odwróciła głowę w kierunku ziewającej nastolatki. Spod niebieskiego kaptura można było jedynie zobaczyć kosmyki ciemnych kręconych włosów i czubek nosa. Tajemnicza postać sprawiała wrażenie mocno znudzonej. Obie ręce trzymała teraz w wypchanych kieszeniach i doskonale zdawała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu obserwowana jest przez kilka osób. Jednak im częściej biała dama spoglądała w stronę tajemniczej dziewczyny, tym większy odczuwała sama w sobie niepokój i lęk. Było jej duszno, a twarz zaczynała gwałtownie czerwienieć od dziwnej gorączki.
 
– ,,Albowiem każdy ogniem będzie osolony – ciągnął dalej siwy mężczyzna w sutannie, zbliżając się do końca teologicznego wykładu. – Sól, to dobra rzecz, ale jeśli sól zwietrzeje, czymże ją przyprawicie? Miejcie sól w samych sobie i zachowujcie pokój między sobą”.[3] A zatem moi kochani... Musimy cały czas uważać, aby szatan nie przybrał zbyt przyjaznej formy i w przebiegły sposób nie okradał nas z wolnej woli. Kościół jest miejscem, gdzie możemy czerpać siły z czystego źródła mocy Bożej do walki z nim i jego fabryką pokus. Kościół jest bezpiecznym miejscem dopóki istnieć będą ludzie czystej wiary i dopóki nie pozwolą, aby głos sumienia zaginął wśród materialnego chaosu...
 
Właśnie proboszcz miał zwrócić się do wiernych o przystąpienie do wspólnego wyznania grzechów, gdy niespodziewanie poczuł na twarzy powiew zimnego wiatru, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie. Trzy, zapalone świece stojące na ołtarzu runęły pod naporem silnego wiatru pogrążając tym samym biały obrus w ogniu. W budynku rozległ się zmasowany krzyk histerii i ludzkiego przerażenia. Siwy mężczyzna pospiesznie zbiegł z ambony i rzucił się ratować pismo święte. Kilku ministrantów stojących do tej pory jak słupy soli z lękiem w oczach chwyciło płonący obrus, zrzuciło go na podłogę i zaczęło rozpaczliwie gasić nogami to, co z niego pozostało. Wraz z ugaszeniem ognia ustały przeraźliwe krzyki kobiet i dzieci siedzących niedaleko od ołtarza. Kilka starszych kobiet straciło przytomność. Podczas, gdy cała uwaga wiernych skupiona była na zamieszaniu, jakie nastąpiło w obrębie nawy głównej w związku z wynoszeniem osób omdlałych, kościół opuściła tajemnicza postać w kapturze. Nikt nie zauważył jej nagłego zniknięcia. Nikt oprócz kobiety ubranej na biało, która po wezwaniu pogotowia przez komórkę od razu wybiegła za dziwną dziewczyną. Kiedy wreszcie znalazła się w przedsionku kościoła, jakaś nieznana siła zatrzymała ją w miejscu. Przerażona kobieta w kapeluszu nie mogła ruszyć żadną z nóg. Tymczasem ścigana osoba zatrzymała się na chwilę w progu przy drzwiach wyjściowych i odwróciła się w kierunku unieruchomionej damy. W głębi ciemnego kaptura błysnęło dwoje czerwonych oczu, po czym mroczna postać wyszła na zewnątrz z drwiącym uśmiechem. Przeszła szybko obok śpiącego żebraka i zeszła na dół schodami, gdzie w pobliżu stał zaparkowany mały żółty fiat. Wsiadła do samochodu i wmieszała się w korowód pojazdów czekających na skrzyżowaniu na zmianę świateł. Kiedy tylko pojawiła się pierwsza karetka pogotowia, przed zabytkową świątynią stała już grupka ludzi, która najbardziej odczuła skutki przykrego incydentu. Wśród nich znajdowała się także osoba, która najbardziej ze wszystkich uczestników mszy nie mogła pojąć, czego tak naprawdę była świadkiem i dlaczego przez pewien czas miała wrażenie, jakby znajdowała się w głębokiej hipnozie? Kim była ta niepokojąca postać, która od samego początku wydawała się jej podejrzana? Zbyt wiele pytań, zbyt wąski obszar postrzegania rzeczywistości i niski stan świadomości, aby w jasny sposób mogła sobie wytłumaczyć to, co naprawdę zobaczyła. Z pewnością nikt z jej znajomych nie uwierzy w tak fantastyczną i pozbawioną sensu opowieść. A zwłaszcza mąż, który ze względu na rangę pełnionego stanowiska musi mocno stąpać po ziemi. Pozostało jej zatem po raz kolejny zwierzyć się ze swoich wewnętrznych przeżyć, obaw i myśli kochanej suczce, Sycylii.
 
 
***
 
 
Wysoki mężczyzna w cienkim, letnim płaszczu wysiadł ze srebrnego reno, po czym zamknąwszy za sobą drzwi udał się w kierunku gmachu CBŚ. W prawej ręce trzymał zwiniętą gazetę, a w drugiej czarną, skórzaną teczkę. Dzień był pogodny i tylko czasem wiał porywisty wiatr. Wawrzecki od kilku dni sprawiał wrażenie mocno zmartwionego i obojętnego na wszystko, co działo się wokół niego. Siedział do późna w biurze, a na wszelkie pytania związane z jego samopoczuciem odpowiadał zdawkowo lub z wymuszoną grzecznością. Przez parę ostatnich dni dręczyło go przytłaczające uczucie samotności. Nie mógł porozumieć się z matką która przecież była dla niego zawsze największym autorytetem w ,,dziedzinie życia”. Nie miał odwagi skontaktować się z Jolą, chociaż to właśnie ona jako pierwsza za pośrednictwem listu próbowała wytłumaczyć swoje niechlubne zachowanie. Jednak jak do tej pory szara koperta leżała u niego na dnie szuflady, jakby czekając na odpowiedni moment, w którym znajdzie trochę czasu na spokojne i pozbawione nadmiernej krytyki czytanie. W tej chwili jednak chciał skupić się na bieżących potrzebach. Jedną z nich było wzmożone pragnienie opuszczenia czterech ścian biurowca i rozpoczęcie aktywnej pracy śledczej w terenie. Martwiło go tylko, iż poszukiwania odpowiedniego kandydata, partnera do tworzonego już zespołu jeszcze się nie zakończyły pomimo iż wydział rozpoczął swoją działalność dwa tygodnie temu.
 
Jarosław przeszedł obok pomieszczenia ochrony i skierował się do najbliższej windy. Kiedy miał zamiar nacisnąć przycisk z numerem piętra, w ostatniej chwili wbiegła do środka zdyszana kobieta. Miała krótkie, kręcone włosy w kolorze jasnego kasztanu i nosiła okulary w czarnych oprawkach. Ubrana była w białą koszulę z krótkim rękawem oraz w granatową spódnicę sięgającą za kolana. Z początku w ogóle nie rozpoznała Jarka, dopiero po kilkunastu sekundach, gdy na chwilę oderwała wzrok od pliku dokumentów, ich nieśmiałe spojrzenia wreszcie się spotkały.
 
– Och, cześć Jarek! – oznajmiła młoda kobieta, poprawiając zsunięte okulary. – Przepraszam, że cię od razu nie poznałam, ale jestem ostatnio tak bardzo zabiegana.
 
– Nic nie szkodzi. Zresztą nie dziwię się, skoro twoi koledzy z Wydziału Do Walki z Przestępczością Zorganizowaną rozgromili wczoraj bandę handlarzy narkotyków.
 
– Więc już wiesz? – odparła Ilona wyraźnie zdziwiona.
 
– W końcu pracowałem do niedawna w wydziale informacji...
 
– Ach, rzeczywiście nie ma to jak stare znajomości. Wiesz... W takich chwilach jestem dumna, że pracuję z ludźmi, którzy w pewnym stopniu przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa w kraju.
 
 Po wyjściu z windy oboje ruszyli długim korytarzem w stronę głównego wejścia do dużej sali pełniącej funkcję komputerowej centrali zbierania i wymiany informacji. Po drodze Ilona zaczęła opowiadać o przeprowadzonych ostatnio badaniach dotyczących skuteczności całego CBŚ.
 
– Mój znajomy, z wykształcenia dyplomowany socjolog pokazał mi ostatnio wyniki badań, jakie zostały przeprowadzone na przestrzeni dwóch lat w celu porównania wydajności naszego biura z innymi jednostkami policji w naszym kraju.
 
Wawrzecki sprawiał wrażenie biernego słuchacza. Od kilku dni nurtowało go wciąż gorączkowe pytanie: ,,co dzieje się z Izabelą?”. Tyle razy spotykał ją podczas każdej przerwy lub w drodze do pracy, a teraz od jakiegoś czasu nie może na nią trafić. Czyżby nagle zachorowała? A może coś się wydarzyło i wzięła urlop, aby nikogo nie mieszać w swoje osobiste sprawy? Jeśli ktokolwiek może udzielić mu konkretnych odpowiedzi, to z pewnością jest nią Ilona, najbliższa koleżanka Izy jeszcze z okresu studiów.
 
– I co nie zapytasz nawet, jakie były ostateczne wnioski? – spytała wyraźnie zirytowana.
 
– Ależ naturalnie, że jestem ciekaw – odparł pospiesznie Jarek z promiennym uśmiechem.
 
– A więc okazało się... – mówiła Ilona podniosłym tonem, gdy zatrzymali się przed gabinetem Wawrzeckiego –...że CBŚ ma na swoim koncie więcej sukcesów niż jakakolwiek inna formacja w danym regionie.
 
– To zasługa ludzi, dobrego sprzętu, czy właściwej organizacji? – spytał agent trochę przekornie.
 
– Sądzę, że udane połączenie wszystkich tych elementów oraz jasność procedur postępowania w szczególnie trudnych warunkach.
 
Jak tylko Ilona skończyła mówić, w kieszeni Jarka zadzwoniła komórka. Wawrzecki spojrzał przelotnie na wyświetlacz, na którym pojawił mu się nieznany numer, a następnie wyłączył telefon. Tymczasem Ilona udała się w kierunku swojego stanowiska pracy. Zanim jednak zdążyła zrobić kilka kroków, usłyszała z tyłu za plecami wołanie agenta:
 
– Ilona zaczekaj! Chciałem cię jeszcze o coś zapytać.
 
Kobieta stanęła w miejscu nieco zdezorientowana.
 
– Możesz na chwilę wstąpić do mojego gabinetu? – spytał Jarek pokornym tonem.
 
– Słuchaj nie mam zbyt wiele czasu. Muszę przejrzeć te dokumenty, a potem je przefaksować.
 
– W porządku, rozumiem, ale to zajmie tylko chwilę.
 
Ilona spojrzała na agenta dosyć surowo, po czym oboje cofnęli się do otwartego gabinetu.
 
– No dobra, co to za pilna sprawa, która nie może poczekać do przerwy? – spytała kobieta wyraźnie zniecierpliwiona.
 
 Wawrzecki przymknął cicho drzwi i usiadł za biurkiem.
 
– Powiedz mi, oczywiście jeśli możesz, co dzieje się z Izabelą? Od kilku dni nie widziałem jej w biurze. Czy nie potrzebuje czasem jakiejś pomocy??
 
Ilona otworzyła szeroko oczy, jakby nieco zaskoczona obrotem całej sytuacji.
 
– Nie zostałam upoważniona przez nią do udzielania ci jakichkolwiek wyjaśnień. Jeśli chcesz, to sam ją odwiedź lub zadzwoń w wolnej chwili.
 
– Chyba nie jestem dla niej kimś obcym, prawda? – wtrącił mężczyzna trochę urażony – Po prostu chciałbym wiedzieć, co dzieje się z ludźmi, którzy pracują razem ze mną. Czy to coś złego?
 
 Kobieta zamilkła na chwilę. Zastanawiała się, czy Jarek powinien o wszystkim wiedzieć. W końcu Iza zawsze wyrażała się o nim tylko w pozytywnym tonie.
 
– Nie... Tylko widzisz, czuję się trochę niezręcznie, usprawiedliwiając jej nieobecność.
 
Ilona zdjęła okulary i momentalnie spochmurniała na twarzy. W jej oczach pojawił się dziwny lęk i oznaki zmartwienia.
 
– Izabela od dwóch tygodni jest na urlopie.
 
– Wydawało mi się, że miała go zaplanowany na lipiec. Czy na pewno powiedziałaś mi wszystko, o czym wiesz? – spytał Jarek trochę rozczarowany.
 
Ilona na kilka chwil zamilkła, a kiedy opanowała w sobie kipiący w niej gniew z kamiennym spojrzeniem oznajmiła:
 
– Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć... Wyjechała do Niemiec razem ze swoją ciężko chorą córeczką. Podobno znaleziono tam odpowiedniego dawcę szpiku dla jej dziecka i dzięki temu będzie możliwa skomplikowana operacja.
 
Wawrzecki był w głębokim szoku. Od dwóch lat pracowali ze sobą i ani razu Iza, nawet nie wspomniała o swoim dziecku. Wręcz przeciwnie. Zawsze sprawiała wrażenie osoby pogodnej, ambitnej oraz wrażliwej na ludzką krzywdę, a tymczasem była samotną matką, która, nie oglądając się na pomoc z zewnątrz, próbowała samodzielnie uporać się z przeciwnościami losu. W pewnym stopniu było mu głupio i czuł się paskudnie z myślą, że podczas tylu spędzonych godzin w biurze lub w czasie wspólnych spacerów po pracy nie umiał zauważyć poważnych zmian, jakie zaszły w życiu jego bliskiej koleżanki. Wydawało mu się, że zna Izabelę wystarczająco dobrze, aby sklasyfikować ją do określonego typu kobiet, a teraz okazuje się, iż cała jego dotychczasowa wiedza opierała się tylko na samych domysłach i błędnej interpretacji poznanych zjawisk. Wciąż jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego z samego faktu posiadania dziecka zrobiła aż tak wielką tajemnicę. „Czyżby bała się nagłego odtrącenia przez większość mężczyzn i spadku zainteresowania, na które jak dotąd nigdy nie mogła narzekać? Dlaczego nawet w kręgu swoich znajomych lub podczas naszych krótkich rozmów w parku nie wspomniała o swoich problemach. Odrzuciła tym samym psychiczne wsparcie, którego przecież tak bardzo w ostatnich dniach potrzebowała” – zastanawiał się Jarek, siedząc z osłupiałym wzrokiem utkwionym na drżących dłoniach wzruszonej Ilony. Wysoki mężczyzna wstał powoli z fotela i podszedł do zamyślonej kobiety. Nie mógł wykrztusić z siebie słów, które mogłyby wyrazić to, co naprawdę w tej chwili czuje. Był wdzięczny Ilonie za jej szczerość i troskę, jaką wykazała, przedstawiając prawdziwy powód nieobecności swojej koleżanki. Chciał jeszcze o coś ją zapytać, gdy drzwi lekko otworzyły się, a zza nich wyjrzał brodaty facet w czarnej, motocyklowej kurtce. Ilona korzystając z okazji przeprosiła obu panów, po czym pospiesznie opuściła gabinet.
 
– Przepraszam, że tak wtargnąłem bez pozwolenia, ale pukałem i nikt nie odpowiadał – tłumaczył się mężczyzna z pewnym zakłopotaniem.
 
– Nic nie szkodzi i tak właściwie skończyliśmy... – odparł Jarek, wskazując gościowi krzesło stojące naprzeciwko szerokiego biurka.
 
– Dzień dobry. Nazywam się komisarz Jaryło. Mam nadzieję, że uprzedzono pana o mojej wizycie?
 
– Tak, właśnie od kilku dni spodziewałem się pańskiego przybycia – odrzekł Jarek, napełniając dwie szklanki pomarańczowym sokiem. – A więc słucham, o czym chciał pan ze mną rozmawiać?
 
***
 
Luksusowa willa w jednej z bogatszych dzielnic Warszawy. Zbudowana w stylu secesyjnym z licznymi zdobieniami kolumn. W tym rozległym obszarze mieszkała spora grupa osób, która należała do zamożnej ,,elity” społeczeństwa, a jednocześnie stanowiła imponujący przekrój wybitnych osobowości. Począwszy od bogatych właścicieli firm i korporacji, poprzez gwiazdy filmu, polityków, a na przypadkowych ,,nowobogackich” skończywszy. Teren wokół białej willi otoczony był wysokim, kamiennym murem, a przed budynkiem rozciągał się wspaniały widok na bajeczny ogród pełen alejek, zielonych trawników w kształcie figur geometrycznych przesycony zapachem bzów i różnych wieloletnich kwiatów. Na piętrze jednorodzinnego domu znajdowała się obecnie dwójka starszych kobiet, która prowadziła ożywioną dyskusję na temat ostatniego balu dla vipów. Słońce świeciło w pełni i tylko czasem przez błękitne, bezchmurne niebo przeleciało stado rozśpiewanych ptaków lub pasażerski samolot.
 
– Czy możesz to sobie wyobrazić, moja droga... – mówiła kobieta głosem pełnym zachwytu.    Ubrana była w zieloną marynarkę od Versace oraz w białe spodnie z materiału. – Ja, skromna gospodyni domowa i mój mąż elektryk w pałacu prezydenckim! Jeszcze nigdy nie czułam się tak mocno wyróżniona. Do tej pory nie mogę ochłonąć z wrażenia...
 
Kobieta siedząca obok na kanapie w starym, wełnianym swetrze uśmiechnęła się przelotnie, pomimo lekkiego uczucia zazdrości. Wydawało się jej, że w porównaniu ze swoją sąsiadką bardziej zasługuje na tego typu zaproszenie. W końcu od prawie dwudziestu lat była właścicielką małej firmy zajmującej się projektowaniem ogrodów, podczas gdy jej przyjaciółka zajmowała się jedynie domem i „wydawaniem pieniędzy świeżo upieczonego biznesmena”.
 
Sporo zebrano pieniędzy na budowę nowego ośrodka dla sierot? – spytała młodsza kobieta w ciemnych okularach.
 
– No cóż... – zaczęła starsza pani, eksponując drogą biżuterię na szyi. – Wydaje mi się, że wśród zaproszonych gości było wiele osób z kręgu biznesu, polityki i świata filmu, więc chyba wniosek powinien być prosty, prawda?
 
 W tym momencie do pokoju weszła sama gospodyni z tacą, na której znajdowały się trzy filiżanki, cukiernica oraz dzbanek z kawą. Wchodząc po schodach słyszała wystarczająco dużo, aby domyślić się, o jakim wielkim, medialnym wydarzeniu była mowa.
 
– Nie chcę być wścibska… – wtrąciła pani domu, rozstawiając filiżanki na stole. –… ani złośliwa, ale wydaje mi się, że impreza, na której byłaś wczoraj, Agato, nie miała wcale celu charytatywnego, lecz jedynie promocję małych i dużych przedsiębiorstw, aby umożliwić im potem łatwiejszą współpracę z zagranicznymi kontrahentami.
 
Twarz Agaty wyraźnie poczerwieniała. Nie wiadomo jednak, czy ze wstydu, czy też może ze złości. Za wszelką cenę próbowała ukryć oznaki speszenia, chociaż zbyt późno zorientowała się, iż w ten sposób tylko jeszcze bardziej ośmieszyła się przed swoimi koleżankami. Alicja również nie mogła powstrzymać się od śmiechu, ale dla dobra przyjaźni szybko opanowała swoje emocje, aby do końca nie zepsuć miłej atmosfery spotkania.
 
– Zostawmy lepiej analizę wydarzeń na później... – oznajmiła najmłodsza z kobiet, napełniając filiżanki kawą. – Zaprosiłam was, ponieważ ostatnio coś się w moim życiu wydarzyło.
 
– Dobry Boże! – wykrzyknęła Alicja, zdejmując ciemne okulary. – Jesteś w ciąży? Wiesz, że w twoim wieku...
 
– Nie, Alicjo tu chodzi raczej o moje ostatnie doświadczenie duchowe. Może na początek opowiem wam, co mi się przydarzyło w zeszłą niedzielę.
 
 
***
 
 
Rozmowa z komisarzem Jaryło trwała zaledwie kilkanaście minut, ale to wystarczyło, aby Wawrzecki mógł wyciągnąć z niej pierwsze, niezbyt zadawalające wnioski. Mężczyzna w czarnej skórze dał mu wyraźnie do zrozumienia, iż z przymrużeniem oka traktuje powstanie nowego wydziału i nie bardzo wierzy w jego skuteczność. Z ironicznym uśmiechem wypowiadał się o ludziach: „którzy w zwykłych kryminalnych zagadkach szukają taniej sensacji bądź ich ścisłego związku z całym szeregiem zjawisk paranormalnych”. Pomimo określenia przez Jaryłę jasnego oraz subiektywnego stanowiska wobec przekazywanych przez niego spraw objętych „klauzulą poufności” komisarz zadeklarował jednak swoją pomoc w razie jakichkolwiek kłopotów, jakie mogą pojawić się na skutek zawiłości lub niewłaściwej interpretacji przepisów polskiego prawa.
 
Jarosław zjechał windą na pierwsze piętro, a następnie udał się w kierunku otwartego bufetu. Był trochę zły na siebie, że podczas tej krótkiej pogawędki z komisarzem pozwolił na tak surową krytykę osób, do których w pewnym stopniu też siebie zaliczał. Nie stanął w ich obronie tylko, dlatego, ponieważ mając na względzie dobro wydziału, a także cenne poparcie ze strony samego komendanta, wolał zachować milczenie, aby zbyt odważnym słowem nie urazić swego rozmówcy. Agent Wawrzecki usiadł przy jednym ze stolików niedaleko od wejścia, po czym otworzył szarą teczkę z plikiem dokumentów, które przekazał mu komisarz Jaryło w celu zapoznania się z zebranymi dotychczas informacjami na temat „dziwnego pożaru w Nowolipkach”. Gdy tylko zaczął zagłębiać się w treść policyjnego raportu, przed oczami ukazały mu się znajome migawki obrazów, jakie zdążył zapamiętać z krótkich serwisów informacyjnych. Spalona stodoła, tajemnicze światła na niebie, wystraszone i pełne lęku twarze naocznych świadków całego zdarzenia. Ostatnia strona dokumentu zawierała krótką adnotację o przebiegu dochodzenia, które zostało umorzone z braku jakichkolwiek dowodów oraz o wykluczeniu udziału osób trzecich, odpowiedzialnych za spowodowanie niewielkiego pożaru. Jarek, przeglądając kolejne strony raportu, poczuł się bardzo głodny, toteż wstał szybko od stolika i podszedł do lady. Zamówił wegetariański zestaw obiadowy i śpiesznie powrócił do przerwanego czytania. Po kilku minutach Wawrzecki usłyszał od strony kasy fiskalnej donośny głos młodej dziewczyny, która poinformowała go zrealizowanym zamówieniu. Agent podszedł do lady zapłacił gotówką i sięgnął po tacę, na której obok soku z marchwi znajdował się także talerz zupy kalafiorowej oraz kotlety sojowe z ryżem. W tym samym momencie przez otwarte drzwi weszła do bufetu smukła brunetka. Była tak bardzo zajęta ożywioną i pełną napięcia rozmową przez komórkę, że nawet nie spostrzegła pochylonej osoby z tacą, na którą wpadła w samym środku przejścia. Cała zawartość szklanki oraz gorącej zupy wylądowały prosto na spodniach osłupiałego Jarka. Mężczyzna z trudem powstrzymał się od głośnego, siarczystego przekleństwa.
 
 
***
 
Obie starsze kobiety spojrzały na gospodynię dosyć zaniepokojonym wzrokiem. Słyszały już w swoim życiu wiele dziwnych historii, ale w to, co usłyszały przed chwilą, nie mogły w żaden sposób uwierzyć. Owszem, któraś z ich bardzo ,,religijnych” koleżanek wspominała ostatnio o tamtym dniu, ale wszyscy łącznie z władzami samej parafii uznali zgodnie, iż był to tylko drobny incydent, który nie miał właściwie najmniejszego znaczenia. I nikt z obecnych podczas feralnej mszy nawet nie śmiał myśleć inaczej. Nikt oprócz Lucyny, która jako jedyna była świadoma prawdziwego powodu swoich wewnętrznych przeżyć. Nie dała przekonać się do przyjętego stanowiska przez Kościół, który jako oficjalną przyczynę tamtego zdarzenia podał: „złośliwość rzeczy martwych i nadmierny przeciąg”. Tym bardziej opowiadanie Lucyny wydało się jej koleżankom mało prawdopodobne, a nawet nosiło znamiona bluźnierstwa.
 
– Słuchaj kochana...– zaczęła jako pierwsza zaniepokojona Alicja.  – Wiemy, że ostatnio w twoim życiu tyle się wydarzyło. Każdy normalny człowiek na twoim miejscu już dawno by się załamał. A poważne kryzysy, upadki lub wyimaginowane pragnienia czy fantazje wszystkim się zdarzają.
 
– Twoim zdaniem Alicjo, wszystko to sobie po prostu wymyśliłam, tak? – odburknęła najmłodsza z kobiet, mierząc swoje rozmówczynie przenikliwym wzrokiem.  – Możecie o mnie myśleć, co chcecie, ale ja doskonale wiem, czego doświadczyłam i jestem niemal pewna, że to ma jakiś związek z tamtą nastolatką w czarnym kapturze.
 
           Przyjaciółki spojrzały na siebie porozumiewawczo. Obawiały się o obecny stan emocjonalny i psychiczny ich sympatycznej sąsiadki. Długa nieobecność męża poza domem strata córki i stopniowe wycofanie się z udziału w życiu towarzyskim bogatej dzielnicy tylko sprzyjały kumulacji nagromadzonych lęków i pogłębianiu się nieuświadomionej jeszcze depresji. Jedyne, co mogły w tej sytuacji bezzwłocznie zrobić, to nie dopuścić do dalszego rozwoju choroby i zachęcić do aktywniejszego spędzania wolnego czasu w gronie przyjaciół lub skupieniu działań na odbudowie związków i relacji ze światem zewnętrznym.
 
– A ja myślę, że to był jakiś znak od Boga – przerwała długą ciszę Agata, wyciągając z lewej kieszeni biały różaniec. – Może powinniśmy teraz odmówić odpowiednią modlitwę, by oczyścić ten dom ze złej energii??
 
– Jaki znak? Jaka zła energia? O czym ty do cholery mówisz?! – wrzasnęła właścicielka willi.
 
– Być może nie zawsze postępowałaś zgodnie z naukami kościoła i teraz wyparte przez ciebie wyrzuty sumienia przybrały właśnie tak nietypową formę, o której nam wcześniej opowiedziałaś.
 
           Lucyna nerwowo odstawiła pustą filiżankę na stół i w mgnieniu oka zerwała się z wygodnego fotela. Jej twarz nabrała groźnego wyrazu, a usta wykrzywił nerwowy grymas.
 
– Dziękuję Agatko za twoją, jak zwykle, w pełni trafną ocenę wydarzeń... – zaczęła coraz bardziej podniesionym głosem, zbierając jednocześnie puste filiżanki ze stołu. – A teraz, jeśli pozwolicie chcę zostać sama.
 
Starsze kobiety spojrzały na gospodynię z niedowierzaniem i pewnym oburzeniem. Wstały z kanapy i powoli skierowały się w stronę drewnianych schodów.
 
– Lucynko, ale przecież ona nie miała nic złego na myśli – zaczęła Alicja, stając w obronie swojej koleżanki. – Przecież my naprawdę martwimy się o ciebie i chcemy ci jakoś pomóc. Posłuchaj... Mój mąż zna wspaniałego księdza, który wiele razy pomógł zbłąkanym owieczkom odnaleźć właściwą drogę. Często odwiedza naszą parafię i gości u nas w domu. Może chcesz abym go...
 
– Wyjdźcie, proszę po raz ostatni – powiedziała gospodyni surowym tonem, podnosząc tacę z porcelaną.         
 
– Nie odrzucaj tych, którzy tak bardzo chcą ci pomóc – mówiła Agata z pewnym wzruszeniem.  – Przecież wiesz doskonale, że oprócz nas nie masz tutaj nikogo...
 
– Wynoście się stąd i zabierzcie ze sobą te swoje pseudokatolickie rady! – wykrzyknęła Lucyna rzucając tacą o stół. Filiżanki rozpadły się na drobne kawałki, a cukier z porcelanowego pojemnika rozsypał się po całym stole.
 
Starsze kobiety jak porażone prądem z krzykiem przerażenia zbiegły na dół po schodach. Kiedy wreszcie znalazły się przed bramą wyjściową, spojrzały jeszcze za siebie w stronę otwartego okna, gdzie znajdował się ów ,,słoneczny salon”, a następnie wybiegły na ulicę, trzaskając żelazną furtką. Gdy tylko Lucyna uświadomiła sobie, co tak naprawdę zrobiła, opadła z płaczem na miękką kanapę. Wokół porozrzucane były kawałki białego szkła, które stanowiły teraz jedynie sentymentalne wspomnienie o jednej z najbardziej cennych rodzinnych pamiątek, ślubnym prezencie. Z ciężkim bólem musiała przyjąć do wiadomości, iż zniszczyła bezpowrotnie ostatnie więzy, jakie łączyły ją jeszcze z otoczeniem. Samotna i opuszczona przez wszystkich usnęła z twarzą ukrytą w poduszkach.
 
– Tak bardzo pana przepraszam... – odezwała się speszona brunetka o ciemnej karnacji i orientalnej urodzie. Ubrana była w ciemnogranatową marynarkę i w krótką, czarną mini. Wyglądała na mocno zażenowaną całym zajściem, do którego zresztą sama doprowadziła. Speszonym wzrokiem spoglądała na pochylonego agenta, który rozpaczliwie próbował usunąć papierową chustką resztki jedzenia z czarnych spodni. Wawrzecki od samego początku był tak pochłonięty usuwaniem mokrych plam, iż nawet nie miał czasu dobrze przyjrzeć się osobie, która nieumyślnie go potrąciła. Z trudem opanował gwałtowny wybuch złości. Postawił tacę na ladzie, zabrał z niej talerz ryżu z kotletami, po czym celowo unikając rozglądania się na boki, zajął miejsce przy swoim stoliku. Nieznajoma podeszła do ekspedientki i poprosiła o podobny zestaw, jaki przed chwilą wylądował na podłodze. Wzięła głęboki oddech i podeszła do siedzącego w ponurym nastroju mężczyzny.
 
– Jeszcze raz bardzo pana przepraszam. Zupełnie nie mam pojęcia, jak mogłam pana nie zauważyć. Miałam właśnie bardzo ważny telefon i zagapiłam się na chwilę...
 
– Równie dobrze mogła pani skończyć rozmowę, zanim weszła do bufetu – wtrącił Jarek cały czas nie odrywając wzroku od swojego talerza. – Przynajmniej tak postępują kulturalni ludzie.
 
Ciemnowłosa kobieta momentalnie pobladła na twarzy. Nigdy wcześniej nie czuła się tak bardzo upokorzona, a już z pewnością nikt do tej pory nie zarzucił jej braku kultury i dobrego wychowania.
 
Tymczasem dziewczyna obsługująca przy kasie poinformowała o przygotowanym posiłku. Smukła brunetka zabrała tacę z zamówieniem, a następnie postawiła ją na stole przed agentem.
 
– Mam nadzieję, że wszyscy biurokraci podchodzą do wszystkiego tak konsekwentnie i wyrozumiale, jak pan. Szkoda tylko, że czasami zapominają, iż mają do czynienia z ludźmi, a nie z maszynami – oznajmiła nieznajoma z nutą ironii. – Aha, zapomniałabym... Smacznego! Ja na dzisiaj straciłam apetyt.
 
W tym momencie Wawrzecki podniósł wzrok i spojrzał głęboko w oczy swojej rozmówczyni. Stała przed nim atrakcyjna, trzydziestoparoletnia kobieta o piwnych orzechowych oczach. Cały czas wydawało mu się, że ma do czynienia z jedną z sekretarek, które często kręcą się bez celu po całym budynku. A tymczasem swój gniew niepotrzebnie wyładował na przypadkowej ofierze. Było mu tym bardziej głupio i niezręcznie, gdy okazało się, że ma do czynienia z kobietą o takim typie urody, które najbardziej go fascynowały.
 
Kilkoro osób siedzących przy stolikach rozrzuconych po całym pomieszczeniu spoglądało na siebie z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem. Wśród nich były osoby, które znały Jarka od kilku lat i jeszcze nigdy dotąd nie widziały go w tak histerycznym nastroju. Ciemnowłosa "bogini" obróciła się na pięcie i pomaszerowała nerwowym krokiem w stronę wyjścia. Kiedy właśnie miała zamiar chwycić za klamkę, ktoś z zewnątrz jako pierwszy uchylił drzwi i stanął niespodziewanie na drodze młodej kobiecie. Wawrzecki rozpoznał z daleka znajomą sylwetkę i ciężki, chropowaty głos komendanta.
 
– Ooo..! Pani tutaj, a ja już miałem po panią..
 
– Przepraszam, panie komendancie, ale chyba dzisiaj zjem coś na mieście. Muszę jeszcze gdzieś zadzwonić – odparła dosyć chłodno szperając w białej torebce.
 
Kątem oka pan Mazurkiewicz zauważył siedzącego pod ścianą Jarka, który kończył właśnie jedzenie ostatniego kotleta. Powitał pracownika z daleka gestem ręki, a następnie zwrócił się bezpośrednio do nieznajomej:
 
– Niech pani chwilę zaczeka. Widzę, że akurat jesteśmy tutaj w komplecie.
 
  Po tych słowach komendant wskazał kobiecie  wolne miejsce obok Wawrzeckiego, a następnie z tajemniczym uśmiechem przyprowadził przed oblicze zupełnie zaskoczonego Jarka.
 
– Nie wiem, czy państwo się już poznali, ale mimo to chciałbym was sobie oficjalnie przedstawić. Pan Jarosław Wawrzecki, a to pana nowy współpracownik, pani Natalia Pahlawi. Mam nadzieję, że będzie się wam razem dobrze pracowało.
 
 Jarosław stał osłupiały i wciąż nie mógł uwierzyć w to, co przed momentem stało się całkiem oczywiste. Poznał wreszcie osobę, która będzie mu towarzyszyła podczas każdej akcji. Szkoda tylko, że do pierwszego spotkania doszło nieco wcześniej i dla obu stron była to niezbyt pokrzepiająca lekcja. Natalia początkowo również nie mogła oswoić się z myślą, iż będzie pracować z człowiekiem, który należy do grona zarozumiałych „urzędasów” tak bardzo przez nią nielubianego. Grupa gapiów, która cały czas spoglądała ukradkiem na przebieg wydarzeń w prawym rogu bufetu, aż nie mogła powstrzymać się od spontanicznych uśmiechów na samo wspomnienie pierwszej, nieudanej rozmowy między parą pracowników biura.
 
Wawrzecki po długiej fazie milczenia, ignorując wścibskie spojrzenia naocznych świadków wyciągnął drżącą dłoń w kierunku Natalii.
 
– Bardzo mi miło – zaczął mężczyzna trochę zdławionym głosem. – Myślę, że na pewno będziemy mogli dojść między sobą do porozumienia.
 
 Wysoka brunetka przez chwilę zawahała się. Spojrzała badawczo na uśmiechniętego komendanta, a potem prosto w oczy wystraszonego, młodszego mężczyzny. W końcu pozwoliło jej to na podjęcie ostatecznej decyzji. Z podniesionym czołem odwzajemniła delikatny uścisk dłoni.
 
– Ja również tak sądzę – odparła kobieta, spoglądając Jarkowi głęboko w oczy. – Chociaż wyobrażałam sobie nasze pierwsze spotkanie nieco inaczej.
 
Na twarzy starszego mężczyzny pojawiło się lekkie zdziwienie. Najwyraźniej nie potrafił do końca zrozumieć dziwnego zachowania Natalii względem przyszłego współpracownika. Komendant zastanawiał się, czy przypadkiem stojąca przed nim para nie spotkała się już wcześniej, gdyż znał Jarka od kilku lat i wiedział, z jak wielkim entuzjazmem reaguje w przypadku zawierania nowych znajomości. Tym jednak razem pan Mazurkiewicz odebrał reakcję Wawrzeckiego jako nadzwyczaj chłodną i pozbawioną pozytywnych uczuć. W każdym razie był zadowolony z faktu, iż WS-TP  rozpocznie wreszcie pracę w pełnym składzie. Jarosław zabrał ze stołu swoją służbową teczkę i zaproponował Natalii krótką „wycieczkę” po całym wydziale informacji, podczas której miał zamiar zapoznać ją z kilkoma osobami, które razem z nimi będą tworzyć pięcioosobowy zespół. Kobieta zgodziła się towarzyszyć Jarkowi, chociaż nadal budził u niej mieszane uczucia. Potrzebowała trochę czasu, aby przywyknąć do nowej roli oraz miejsca i ludzi, z którymi wiązała pewne plany. Nie miała jednak do końca pewności, czy postąpiła słusznie, przyjmując ofertę pracy o dużym stopniu ryzyka ewentualnych niepowodzeń. Czy jest na tyle wytrwała i odważna, aby sprostać czekającym ją niezwykle trudnym wyzwaniom? Przecież tylko urodzeni szaleńcy podejmują się wykonania zadań okupionych krwią i błyskotliwym heroizmem. W takim razie wszyscy malarze, poeci, pisarze, gwiazdy kina – jednym słowem – artyści to szaleńcy, skoro chcą zmieniać świat poprzez dzieła swoich rąk, słowa i emocje. A czy ludzki umysł jest w stanie pojąć wszystko? Czy istnieją granice, poza którymi poznanie prawdy wykracza poza bariery logicznego myślenia? Czasami jednak ujawnienie niewygodnych dla pewnych elit faktów bądź ukrywanych przez lata informacji staje się często przyczyną przykrych rozczarowań i psychicznego dyskomfortu. ,,Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”– to stare przysłowie można zaadoptować niemal do każdej epoki bądź sfery ludzkich działań. Ktoś inny może je zinterpretować w taki sposób: w państwie prawa dozwolone jest wszystko, dopóki nie zostanie zidentyfikowany sprawca – a w przypadku wpadki musi liczyć się z wszelką surowością organów ścigania oraz formami kar jakimi dysponuje określona społeczność w danym kraju czy regionie świata.
 

 
   
 
[1] Ewangelia wg św. Mateusza, 5; 29
 
 
 
[2] Ewangelia wg św. Mateusza, 5; 30
 
 
 
[3] Ewangelia wg św. Marka, 9; 49 - 50
 
 
Created with WebSite X5
Wróć do spisu treści