Przejdź do treści

Rozdział I - Decyzja - Muzyczny blog Reymontta

Pomiń menu
Pomiń menu
PROLOG
 


Kolejny kwietniowy dzień zaczął się pogodnie i słonecznie. Niebo nad szarym, wielkim miastem nabierało z każdą chwilą pełniejszego błękitu. Na zatłoczonych, zakurzonych i ciasnych chodnikach przechodnie wymieniali między sobą przelotne, obojętne spojrzenia. Gdzieś w oddali rysował się samochodowy korek. Witryny sklepowe uginały się pod naporem rozmaitych towarów, a tylko uboga zasobność większości portfeli nie pozwalała w pełni skorzystać z rzekomej "epoki dostatku".
 
Praca stała się jedynym wyznacznikiem i warunkiem normalnego życia, a w wielu przypadkach zaczęła odgrywać nadrzędną rolę, decydując o kryterium i stopniu jego ważności. Zbliżający się niż demograficzny oraz coraz bardziej widoczne starzenie się całego społeczeństwa stanowiły tylko negatywne skutki upowszechniania się konsumpcyjnego modelu państwa, jaki został narzucony poprzez wysokie tempo rozwoju obecnej cywilizacji.
 
Upragniona demokracja po latach komunistycznej niewoli nie przyniosła takich zmian, jakich uprzednio od niej oczekiwano. Ludzie znacznie utracili zaufanie do organów sprawujących władzę przesiąkniętych korupcją, politycznym populizmem oraz nieudolnym prawem. Każdy następny polityk, który starał się pozyskać jak największą grupę nowych wyborców postulował rozwiązanie aktualnych problemów społecznych, aby opowiadając się po stronie najsłabszych wykorzystać ich naiwność czy desperację i wskrzesić w nich iskrę ślepej wiary.
 
Szczególnie ujmujące wydają się starania obecnego rządu o wyraźnie zaistnienie Polski na arenie międzynarodowej. Tworzenie trwałej i silnej przyjaźni z Ameryką miało zapewnić gwarancję bezpieczeństwa narodowego oraz obopólne korzyści. W ten sposób Polska miała powielić nowy scenariusz oparty na starym pomyśle ścisłej współpracy z Rosją. Jednak prawdziwa przyjaźń występuje tylko wtedy, gdy obie strony działają bezinteresownie, a ich intencje są jasne i uczciwe. Wyciągając wnioski z dziejów najnowszej historii, można z góry przewidzieć, iż tak potężne i bogate państwo jak Ameryka kieruje się zawsze potencjalnymi korzyściami. Czy takie postępowanie nie zasługuje na fale krytyki? Czy zawsze musimy bezmyślnie naśladować innych?
 
Nie wszystkim jednak odpowiada taka forma budowania dobrych relacji z zachodem lub trwały sojusz za wszelką cenę. Być może istnieją jeszcze tacy ludzie, którzy potrafią odróżnić fałsz od prawdy, ludzie o czystych ideałach z bagażem starych poszarpanych wartości takich, jak: honor, uczciwość, pokora i współczucie. Czy są jeszcze wśród nas? Czy zaakceptowali świat takim, jaki jest  on obecnie? A może już dawno odeszli i śpią jedynie w alejach zasłużonych... Kto dziś mi odpowie bez chwili wahania: ,,jestem naprawdę dobrym człowiekiem”?.
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ I
 
cDecyzjad
 
 
 
 
         
Osiedle Trzy Wzgórza należało do jednej z nowszych i dosyć zamożnych dzielnic, jakie rozciągały się na obrzeżach centralnej Warszawy. Mieszkało tutaj wielu pracowników z różnych firm, organizacji oraz agencji pozarządowych. Być może dzięki temu, iż znaczną grupę okolicznych mieszkańców stanowili funkcjonariusze służb mundurowych, dzielnica ta uchodziła za jedną z najbezpieczniejszych w całym mieście. W bladoniebieskim czteropiętrowym bloku przy ulicy Korzennej 5 dawno nikt już nie spał. Na ostatnim piętrze pod numerem 37 wysoki, młody mężczyzna zakładał na siebie czarną marynarkę. Zapiął wszystkie guziki od białej koszuli, poprawił czarny krawat i przetarł lekko czarne buty starą szczotką. Wziął ostatni łyk kawy, a następnie pospiesznie wyszedł z mieszkania. Mężczyzna wsiadł do srebrnego reno, by po kilku minutach znaleźć się na głównej drodze do centrum. Spojrzał na blade, zmęczone odbicie swojej twarzy w przedniej szybie. Na co dzień żywe, błękitne oczy były teraz mocno podpuchnięte, a głowa bezwiednie kiwała mu się na boki. Jasnobrązowe włosy stały się dziwnie matowe i odstawały we wszystkich kierunkach. Były to wyraźne oznaki długotrwałego przepracowania oraz zbyt krótkiego snu. Pomimo tych zewnętrznych objawów fizycznego zmęczenia, Wawrzecki lubił swoją pracę, chociaż pochłaniała mu sporo wolnego czasu. Nie potrafił tak jak jego niektórzy koledzy z biura wygospodarować w ciągu całego tygodnia odrobinę czasu na rozrywkę czy towarzyskie spotkania. Był typem pracoholika, który czuje się źle, jeśli nie wykonuje przez dłuższą chwilę żadnej, konkretnej czynności. Stosował zasadę, że: „jeśli czegoś nie zrobisz dzisiaj, to jutro możesz już o tym zapomnieć”. Podczas podróży do biura nieustannie rozmyślał nad nowym pomysłem, jaki przyszedł mu do głowy zeszłej, nieprzespanej zresztą nocy. „Ale czy to naprawdę ma jakiekolwiek szanse powodzenia? W Ameryce z pewnością działają już tego typu wydziały, ale w Polsce z dużą niechęcią i obawami podchodzi się do wszelkich innowacji bądź tworzenia kolejnych ustawowych narzędzi dających władzy wykonawczej nowe pole do działań. Niee... Szef na pewno się na to nie zgodzi. Przecież to eksperyment na skalę krajową”! – ganił siebie Wawrzecki w myślach. Czarna chmura dręczących pytań przesłaniała mu pełny obraz sytuacji. Podczas żarliwych zmagań ze swoim wewnętrznym krytykiem nawet nie spostrzegł, jak szybko znalazł się przed wysokim gmachem Centralnego Biura Śledczego. Jarosław wysiadł z samochodu i udał się w kierunku głównego wejścia. Przy dyżurce okazał oficerowi swoją policyjną legitymację, a następnie wsiadł do windy i wjechał nią na drugie piętro. Było kilka minut przed godziną ósmą, gdy znalazł się na swoim stanowisku pracy. Obok monitora stała jeszcze niedopita cola z poprzedniego dnia, a powierzchnia biurka nikła pod stertą urzędowych papierów. Jednak naczelne miejsce na środku blatu zajmowało czarno-białe zdjęcie w złotej ramce. Na fotografii widniała roześmiana para w średnim wieku. Za ich plecami rozciągał się przepiękny widok na wzburzone morze i na dziką, opustoszałą plażę. Wawrzecki przetarł okurzone szkło, po czym uniósł ramkę na wysokość wzroku. „Jak to dobrze, że istnieją zdjęcia – westchnął cicho – Ulotne chwile zamienione w wieczność. Na nich każdy jest taki radosny i nieśmiertelny...”. Nagle zaschło mu w gardle i ogarnęło go potworne przygnębienie. Postawił zdjęcie na biurku i przykrył stertą dokumentów. Oczy zaszły mu cienką mgłą, a na twarzy pojawił się smutny grymas. Z głębokiego zamyślenia wyrwało go znajome szturchnięcie w ramię. Jarek odwrócił się do tyłu i spostrzegł rozbawionego kolegę.
 
– Siemanko Jarek!!
 
– Ach, to ty Alex. Cześć. – Odparł Wawrzecki obojętnym głosem.
 
– A co spodziewałeś się kogoś innego?
 
– Bynajmniej... – Stwierdził ponuro wysoki szatyn, przeglądając dostarczone przed chwilą stosy raportów policyjnych.
 
– No cóż, przepraszam, że nie jestem długonogą blondynką.
 
Jarosław uśmiechnął się pod nosem. Gdy Alex znalazł się przy swoim komputerze naprzeciw stanowiska kolegi, Wawrzecki zapytał go o planowany wyjazd za granicę.
 
– Za dwa tygodnie. Już nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie opuszczę to piekielne miasto!
 
– Tak ci tutaj źle? Masz stałą pracę i całkiem przyzwoite wynagrodzenie, i jeszcze narzekasz. Myślisz, że w Stanach dadzą ci od razu stanowisko kierownika??
 
– Nie wiem, ale mam zamiar rozkręcić duży rodzinny biznes. Od kilku lat mój ojciec pracuje w centrum światowego handlu, a jego firma wciąż się rozwija. Poza tym w naszym kraju nie ma wystarczających warunków, aby odnieść zawodowy sukces. Urzędowa biurokracja, raczkująca technologia oraz brak właściwej koordynacji działań między różnymi resortami to są stałe bolączki naszego demokratycznego ustroju.
 
– Jak długo zamierzasz tam zostać? – spytał Jarek pełen podziwu, a zarazem wątpliwości.
 
– Kilka miesięcy, rok, a może dłużej. Właściwie, to nic mnie tutaj nie trzyma. Ojciec załatwił mi już potrzebną wizę i wykupiłem bilet lotniczy.
 
Nastała krótka chwila milczenia. W oddali słychać było rozmowy innych pracowników biura oraz monotonny dźwięk szybkiego pisania na klawiaturze. Wawrzecki przerwał pisanie i zwrócił się w stronę rozmarzonego kolegi:
 
– Przecież sukces nie zależy od miejsca, czy obecnego układu politycznego tylko od naszych potencjalnych możliwości. Wymaga pewnego czasu, dużej cierpliwości oraz wielu poświęceń. Szukasz szczęścia poza krajem zamiast spróbować znaleźć je tutaj.
 
– Dobra, dobra... – wtrącił Alex, poprawiając przekrzywione okulary. Był brunetem o krótkich, poskręcanych lokach i ciemnej karnacji. Na czole miał znaczną bliznę, która biegła wzdłuż brwi aż do prawego ucha. W luźnej koszuli w egzotyczne kwiaty wyglądał raczej jak hawajski turysta niż pracownik najlepszej policyjnej formacji w kraju.
 
– Znam twoje moralne sztuczki. Zwyczajnie mi zazdrościsz i zrobiłbyś to samo na moim miejscu. Zgadza się?
 
Jarek poczuł się lekko urażony ironiczną uwagą kolegi i zamilkł na dłuższy czas, wracając do przerwanych czynności. Tymczasem mężczyzna w kolorowej koszuli widząc, że jego sąsiad zupełnie go ignoruje, przystąpił do kolejnego etapu przerwanej rozmowy.
 
– Coś kiepsko ostatnio wyglądasz. – oznajmił Alex z drobnym uśmieszkiem. – Może powinieneś wreszcie pomyśleć o urlopie. W zeszłym roku tylko ty z naszej ekipy nigdzie nie wyjechałeś. Spójrz, jak ciepło i bajecznie jest teraz za oknem. Nikt z nas nie dostanie przecież złotego medalu za wykonaną robotę. Myślisz, że inni przykładają tyle uwagi do tego papierkowego...
 
– Nie interesuje mnie, jak inni podchodzą do swoich obowiązków. – przerwał Wawrzecki nerwowym tonem – Jednak w przeciwieństwie do niektórych osób szanuję swoją pracę bez względu na to, czy ktoś mnie za nią doceni czy też nie. Chyba już zapomniałeś, że żyjemy w czasach, w których nie ma miejsca dla jednostek słabych albo mało wydajnych. Każdy, kto w przyszłości marzy o zrobieniu kariery, powinien dawać siebie w stu procentach, a jeśli zgubisz tempo, to wypadasz z gry.
 
W tym momencie do rozmowy dołączyła niska blondynka w kręconych włosach, w mocnym makijażu i w butach z wysokim obcasem. Podeszła do Wawrzeckiego z tacą i podała mu kubek z gorącą kawą.
 
– Zgadzam się z Jarkiem, jeśli chodzi o zasady funkcjonowania dzisiejszego rynku pracy. – powiedziała Izabela, siadając na brzegu biurka i spoglądając w stronę skwaszonego Alexa. – Nie oznacza to jednak, abyśmy zachowywali się jak bezwolne maszyny zaprogramowane jedynie do powtarzania tych samych czynności. Jeśli nie zachowamy odpowiedniego umiaru to prędzej, czy później zabraknie nam sił, by złapać normalny oddech...
 
Obaj mężczyźni milcząco zgodzili się ze swoją koleżanką. W epoce komputerów, lotów kosmicznych i wielkich nadziei związanych z przyszłym podbojem Marsa ludzie zaczynają tracić na swoim, wyjątkowym znaczeniu i stają się bezwolnymi narzędziami w rękach kosmopolitycznych elit. Jarek był nieco zdziwiony zachowaniem Izy po tak błyskotliwej przemowie. Kiedy tylko kobieta znalazła się przy swoim biurku, wyjęła z kieszeni marynarki opakowanie tabletek, a następnie połknęła trzy za jednym razem, popijając szybko łykiem mocnej kawy. Wawrzecki uśmiechnął się jedynie z politowaniem i postanowił nie komentować dziwnego zachowania swojej koleżanki.
 
Podczas gdy wszyscy pracownicy wydziału informacji byli zajęci bieżącą pracą, w przestronnej sali pojawił się sam szef CBŚ. Szybkim krokiem przeszedł wzdłuż środkowych stanowisk i zniknął za drzwiami swojego gabinetu. Pomieszczenie komendanta znajdowało się w tylnej części długiej hali. Jarosław przerwał pracę na komputerze i udał się prosto do pokoju, gdzie urzędował pan Mazurkiewicz. Szef biura miał około czterdziestu paru lat i był raczej niskiego wzrostu. Włosy miał siwe i rzadkie z długą grzywką zaczesywaną na czoło, by ukryć niezbyt pożądane dla wielu mężczyzn oznaki silnego łysienia. Był dosyć owalnej budowy ciała, co mogło wyraźnie wskazywać na słabość komendanta do tłustych i wysokokalorycznych posiłków. Twarz miał pogodną, chociaż z każdym rokiem stawała się ona coraz bardziej wysuszona i surowa. Był typem choleryka z małą domieszką melancholika. Ubrany w jasnoniebieską koszulę i czarne spodnie z paskiem siedział za biurkiem, przeglądając poranne wydanie gazety. Na widok Wawrzeckiego przerwał jej czytanie i z lekkim uśmiechem odrzekł:
 
– Aa... Witam panie Jarku! Dawno nie miałem okazji z panem porozmawiać.
 
– Dzień dobry. Czy mogę panu na chwilę zająć trochę czasu?
 
– Jeśli to coś poważnego, to słucham. Mam nadzieję, że pan też nie zamierza nas opuścić i wyemigrować do ciepłych krajów?
 
– Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Tutaj się urodziłem, tu jest mój dom i tu chcę pracować, chociaż nasze państwo wciąż wystawia mnie na kolejne próby.
 
Odpowiedź Jarosława wyraźnie ucieszyła pana Mazurkiewicza, który obawiał się kolejnego, niespodziewanego wypowiedzenia. Nalał sobie szklankę wody mineralnej i od razu ją opróżnił.
 
– A więc, o co chodzi panie Jarosławie? W czym mogę pomóc? – spytał szef, zagryzając krakersa. Wawrzecki uśmiechnął się z lekkim niepokojem, po czym odrzekł zdecydowanym głosem:
 
– Mam dla pana pewną propozycję, projekt, a właściwie pomysł, który dotyczy utworzenia wydziału specjalnego do wszystkich spraw wykraczających poza obszar działalności CBŚ.
 
Komendant spojrzał na swojego podwładnego mocno zaintrygowany.
 
– A jakie to zadania według pana miałby spełniać ten tajemniczy wydział? Przecież zna pan ograniczony budżet, jakim dysponuje nasze biuro. Poza tym wciąż brakuje nam pieniędzy na modernizację naszego wyposażenia i obiecane jakiś czas temu podwyżki dla pracowników.
 
– Wiem o tym – odparł Jarek nieco przytłumiony. – Chciałbym jednak pomóc wszystkim tym, którzy zostali sami z własnym problemem tylko dlatego, że zabrakło odpowiednich przepisów lub kompetencji, które pozwoliłby wyjaśnić wiele nierozwiązanych spraw, jakie trafiają do naszego archiwum.
 
– Gdy byłem w pana wieku też myślałem, że mogę wszystko – wtrącił starszy mężczyzna z ckliwym uśmiechem. – Dopiero, gdy uświadomiłem sobie, że mój wzniosły idealizm nikogo nie interesuje oprócz mnie, postanowiłem robić swoje i z czasem przywykłem do paradoksów naszego polskiego prawa. A wracając do pańskiego pomysłu... Szczerze mówiąc wątpię, czy ministerstwo zgodzi się na tworzenie nowej jednostki, gdy wciąż w mediach słyszymy o cięciach budżetowych, zaciskaniu pasa i rozpaczliwym szukaniu oszczędności.
 
Wawrzecki zmizerniał nieco na twarzy. Otworzył tekturową teczkę i wyjął z niej wypełniony formularz.
 
– Tutaj jest mój wniosek oraz schemat organizacji nowego wydziału – powiedział pracownik, kładąc papiery na stole. – Jestem otwarty na wszelkie sugestie i uwagi.
 
Komendant przez kilka minut wodził wzrokiem po dokumentach, a gdy skończył czytać, uśmiechnął się serdecznie do zasępionego mężczyzny.
 
– Wie pan... – zaczął z nutką zainteresowania – To nawet ciekawy projekt. Rozumiem, że został on oparty na sprawdzonej formule podobnych jednostek specjalnych działających w USA?
 
– Tak – odparł Jarek z iskierką nadziei w oczach. – Takie wydziały istnieją tam od dawna i stanowią świetne uzupełnienie dla FBI[1].
 
Starszy mężczyzna schował papiery do szuflady i zamknął ją na klucz. Wawrzecki poczuł się mocno rozczarowany zachowaniem starszego mężczyzny. Tymczasem pan Mazurkiewicz powrócił do czytania artykułu o fatalnym stanie służby zdrowia w kraju. Kątem oka szef zauważył na twarzy swojego rozmówcy widoczne oznaki przygnębienia.
 
– Niech się pan tym tak nie martwi – odparł komendant łagodnym głosem – Spróbuję przedstawić pana pomysł na najbliższym zebraniu w ministerstwie. Nie gwarantuję jednak, że członkowie MSWiA[2] oraz ABW[3] będą tak samo, jak ja podzielać pański entuzjazm i szczere chęci. To ludzie konsekwentni, ceniący racjonalizm i tylko dobrze przemyślane działania. Będą próbowali za wszelką cenę udowodnić, że stworzenie nowej jednostki policyjnej do zjawisk paranormalnych przyniesie więcej niepotrzebnych kosztów niż wymiernych korzyści. Być może wielu z nich boi się trwonienia kolejnych pieniędzy na niepewną inwestycję albo odkrycia faktów, które mogą drastycznie zachwiać opinią publiczną. Szczerze mówiąc... w skuteczność CBŚ na początku też mało kto wierzył, a teraz prowadzimy w wielu rankingach.
 
 Jarosław był bardzo wdzięczny szefowi za przyjęcie neutralnej postawy wobec tak śmiałego i nowatorskiego projektu, którego był autorem. Przynajmniej jego szanse nie zostały z góry przekreślone tak, jak się tego obawiał.
 
– Dziękuję, że zechciał mi pan poświęcić trochę czasu. Będę cierpliwie oczekiwał na końcowy wynik tego spotkania. Do widzenia! – odparł mężczyzna wyraźnie ucieszony, kierując się do wyjścia.
 
Ostatnia wypowiedź pana Mazurkiewicza wyraźnie poprawiła Jarkowi humor i przywróciła na moment wiarę w ludzi. ,,A więc nie uznał mnie za szaleńca... Gdyby tylko wszystko się powiodło... – pomyślał siadając w fotelu przy swoim biurku – mógłbym wówczas zajmować się tymi rzeczami, które fascynowały mnie od dziecka, a jednocześnie budziły mój głęboki niepokój. Jest przecież tyle pytań, które wymagają jasnych i zdecydowanych odpowiedzi. Tylko czy będę w stanie podołać nowym, niezwykłym wyzwaniom, które tak bardzo odbiegają od żmudnych i przewidywalnych czynności wykonywanych w czterech ścianach biura? No i wreszcie... Czy znajdę ludzi gotowych wraz ze mną rzucić się na głęboką wodę?? Czy uda mi się stworzyć zgrany zespół? Czy sama idea tego wielkiego przedsięwzięcia nie przekracza moich skromnych możliwości”?. Wawrzecki miał nadzieję, że dzięki pracy specjalnego wydziału ludzkość będzie miała wreszcie swojego osobistego rzecznika, który pragnie nieść pomoc i wsparcie wszystkim bez względu na rodzaj, złożoność czy skalę danego problemu. Wiedział doskonale, że nie jest możliwe rozwiązanie wszystkich zagadek dotyczących samego istnienia i uzyskanie jednoznacznych odpowiedzi na takie egzystencjalne pytania, jak: Skąd jesteśmy? Czy rzeczywiście do końca znamy świat, w jakim żyjemy? Dokąd zmierzamy? To domena poetów, filozofów i dociekliwych naukowców, aby stawiać lub obalać epokowe teorie, lecz nikt z ludzi obecnie żyjących nie jest w stanie pojąć do końca fenomenu związanego z pojawieniem się życia na Ziemi. Być może dzięki temu mogło rozwinąć się tak wiele różnych religii, kultur oraz skromne przeświadczenie, iż to właśnie natura odgrywa kluczową rolę w jego rozwoju i poddaje ciągłej selekcji wiele gatunków żyjących na Ziemi.
 
           Od rana padał ulewny deszcz. Dopiero późnym popołudniem nad miastem wyjrzało wreszcie kwietniowe słońce. Mokre, zabłocone chodniki wypełniły znowu tłumy zabieganych i zatroskanych przechodniów. Ruch uliczny trwał nieustannie skutecznie uprzykrzając życie mieszkańcom stolicy. Żadna osoba znajdująca się w pobliżu zatłoczonej jezdni nie była w stanie uniknąć zimnej kąpieli. Jednak znaczna część obywateli już dawno zdążyła przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Jarosław miał jeszcze sporo papierkowej roboty, ale wszystko wyglądało na to, iż dzisiaj skończy pracę dużo wcześniej niż zwykle. Dla poprawienia koncentracji i lepszego samopoczucia postanowił zrobić sobie krótką przerwę. Wyszedł z dusznego pomieszczenia na mały korytarz. Otworzył szeroko okno i zaczerpnął świeżego powietrza. Przed nim rozciągał się imponujący widok na pełne nowoczesnych sklepów, banków i odrestaurowanych zabytków centrum miasta. Jego uwagę przyciągnął stary człowiek, który siedział skulony na schodach gotyckiego kościoła po drugiej stronie ulicy K. Bukowskiego. Jarek znał go tylko z widzenia jako okolicznego włóczęgę. Dzisiaj prawdopodobnie nikt z jego ówczesnych, stałych klientów nie potrafiłby rozpoznać w zarośniętym nędzarzu człowieka, u którego codziennie robił tanie zakupy. Ubrany niedbale w podarty płaszcz i dziurawy kapelusz siedział nieruchomo, jak posąg nieczuły na zaczepki i złośliwe komentarze bandy zadziornych dzieciaków. W kościstych dłoniach trzymał kartonowe pudełko, a obok niego leżał posłusznie jego największy, wieloletni przyjaciel - łaciaty kundel z czerwoną obrożą. Długie, siwe włosy niemal całkowicie zasłaniały mu smutne rysy twarzy. Staruszek kiwał się w rytm bicia kościelnych dzwonów, a wraz z nim tekturowa tabliczka z napisem: „Nie jestem narkomanem”. O przeszłości tego mężczyzny krążyło wiele opowieści. Jedna z nich głosiła, że był kiedyś obiecującym przedsiębiorcą, właścicielem niewielkiego sklepu ze zdrową żywnością, który mieścił się przy ulicy Ciasnej. Był rozwodnikiem. Potem ożenił się po raz kolejny z kobietą o dziesięć lat młodszą od siebie. Z tego związku sklepikarz miał córkę, którą po śmierci małżonki zaopiekowała się teściowa z mężem. Mężczyzna nie był w stanie uporać się ze stratą żony, a tym bardziej zadbać o przyszłość swojego dziecka. Kiedy wreszcie odzyskał psychiczną równowagę, zaczął inwestować w swój mały sklepik, który z czasem zaczął przynosić rentowne zyski. Niestety, w tym samym czasie nastąpiły istotne zmiany w sferze zarządzania gospodarką w państwie i coraz bardziej powszechne stało się promowanie obcego kapitału, który błyskawicznie zaczął opanowywać polski rynek. W efekcie doprowadziło to do silnej i nierównej konkurencji między siecią wielobranżowych supermarketów, a małymi punktami sprzedaży bezpośredniej, które w dalszej perspektywie zmuszone były ogłosić swoją upadłość. Wawrzecki nie miał pojęcia, w jakim stopniu włóczęga ponosi winę za doprowadzenie do takiego stanu, w jakim się obecnie znajduje. Natomiast był przekonany, iż w odpowiednim momencie zabrakło mu skutecznej pomocy osoby życzliwej, która udzieliłaby mu zwykłego, ludzkiego wsparcia, a także rozmowy z psychologiem, który uchroniłby go od całkowitego, społecznego upadku. W końcu zawsze istnieje jakieś alternatywne wyjście z każdej sytuacji. Nie zawsze jednak sami jesteśmy je w stanie dostrzec. Z głębokiego zamyślenia wyrwał Jarka delikatny, kobiecy głos.
 
– Aa... Tutaj jesteś! – wykrzyknęła Iza, podchodząc do mężczyzny z kilkoma segregatorami pod pachą. – Szukałam ciebie po całym biurze.
 
 Wawrzecki uśmiechnął się życzliwie i odparł pospiesznie:
 
– Czy coś się stało?
 
– Nie... To znaczy... – mówiła blondynka trochę skrępowana – Nie mogę znaleźć twojego sprawozdania w związku z rozbiciem grupy przemytników w zeszłym tygodniu. Mam tu kilka segregatorów, ale jest w nich tyle papierów, że znalezienie jednego świstka zajmie mi chyba z kilka godzin. Może pamiętasz chociaż, do którego włożyłeś ten dokument?
 
           Jarosław uśmiechnął się przelotnie pod nosem, po czym wyciągnął rękę po jeden z segregatorów.
 
– Nie ma sprawy. Zaraz postaram ci się go poszukać.
 
– Naprawdę? Dzięki. Jesteś kochany!
 
– Wiem – odpowiedział mężczyzna, przepuszczając Izę pierwszą przez drzwi. – A co mi za to grozi?
 
– Grozi? – powtórzyła kobieta nieco zdezorientowana – Ach... Żartowniś z ciebie.
 
Kiedy oboje znaleźli się przy swoich stanowiskach, Izabela odezwała się do Jarka nadzwyczaj łagodnym głosem:
 
– Słuchaj... O której dzisiaj kończysz?
 
– Na pewno wcześniej niż wczoraj. A co chcesz, żebym cię podwiózł do domu?
 
Iza zmieszała się nieco, kiwając przecząco głową, chociaż taki wariant powrotu wcale nie był dla niej obojętny.
 
– Daj spokój, w taką pogodę wolałabym raczej wybrać się na krótki spacer.
 
– Dobry pomysł. Dawno nie miałem okazji do wieczornej przechadzki, a po tylu godzinach spędzonych przy komputerze dobrze mi zrobi świeże powietrze.
 
– Świetnie. W takim razie pojadę tym autobusem o dziewiątej. Czyli jesteśmy umówieni?
 
– Można to tak ująć – skwitował Wawrzecki, przyglądając się uważnie siedzącej naprzeciw koleżance. Izabela była ubrana zdecydowanie inaczej niż zwykle. Miała na sobie obcisłą, białą koszulę z dużym dekoltem oraz krótką czarną spódnicę. Jej jasne poskręcane loki swobodnie opadały na szczupłe ramiona, a ostry makijaż wyraźnie odróżniał ją od reszty kobiet pracujących w wydziale informacji. Ta nagła zmiana wizerunku trochę niepokoiła Jarka, który przyzwyczajony był do jasnych i przewidywalnych sytuacji.
 
Było kilka minut po godzinie dwudziestej, kiedy dwójka młodych ludzi przechadzała się wzdłuż miejskiego parku. W dali przed nimi roztaczał się wspaniały ciemnopomarańczowy zachód słońca. Wąskimi alejkami przebiegały co chwilę roześmiane dzieciaki, a na jednej z drewnianych ławek siedziało trzech starszych panów, burzliwie wymieniając między sobą odważne poglądy polityczne. Wawrzecki szedł obok Izy w głębokim milczeniu, obserwując z zachwytem panujący spokój i piękno otaczającej przyrody. Od momentu, w którym razem z koleżanką opuścili gmach CBŚ, kobieta próbowała niemal na każdym kroku zwrócić na siebie uwagę wciąż zamyślonego Jarka. Niestety, wszelkie próby taniej kokieterii nie wzbudziły u mężczyzny najmniejszego zainteresowania. Dopiero wówczas, gdy oboje dotarli w okolicę maleńkiego stawu, Izabela zdecydowała się wreszcie przerwać zbyt długą jak dla niej fazę pokornego milczenia.
 
– Może usiądziemy na moment pod tamtym pochylonym drzewem? – spytała z dziwnym błyskiem w oczach.
 
           Jarosław skinął twierdząco głową, po czym wspólnie skierowali się w stronę płaczącej wierzby. Znów zapanowała upojna cisza przerywana co jakiś czas odgłosem dziecięcej zabawy i wzmożonym śpiewem ptaków. W tej uroczej scenerii, nasyconej barwami kwitnącej wiosny Jarek zaczął nagle odczuwać głęboki smutek. Ogarniał go często nawet w chwilach najbardziej radosnych i zupełnie niespodziewanych. Iza zauważyła tą nagłą zmianę nastroju u kolegi i postanowiła oderwać go na chwilę od posępnych myśli.
 
– Spójrz, jak jest tutaj ładnie – zagadnęła, rozglądając się dookoła. – Wiosna to czas, gdy wszystko rozkwita i budzi się do życia z zimowego snu. Szkoda marnować go na zamartwianie się, czy inne materialne głupstwa. Czy świat ten nie jest już sam w sobie na tyle okrutny i podły, aby dodatkowo pozbawiać się każdej chwili przyjemności?
 
Wawrzecki spojrzał potulnie w stronę swojej towarzyszki. Jej uśmiech był nadzwyczaj szczery i promienny. Kobieta odgarnęła z czoła jasne, poskręcane loki, które swobodnie kołysały się na wietrze i sięgnęła do torebki po kawałek chleba.
 
– Tak, masz w pewnym stopniu rację – odparł Jarek, wpatrując się w ogniste niebo. – Jednak jesteśmy tylko żałosnymi marionetkami w rękach losu. Wojny, przytłaczająca bieda, terroryzm czy polityczne spory, te wszystkie zmory skutecznie odbierają nam chęci do życia. A przecież jesteśmy „solą tej ziemi”.
 
Więc razem możemy ją zmieniać – wtrąciła Iza z płomiennym uśmiechem, rzucając kawałki chleba drepczącym obok ławki gołębiom.
 
– Z każdym dniem coraz mniej w to wierzę – odrzekł mężczyzna z pewną goryczą – Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się pogodzić z tym, iż na pewne obszary naszej egzystencji nie możemy mieć żadnego wpływu.
 
Na twarzy kobiety pojawiło się wyraźne zdumienie, a jednocześnie oznaki szczerego współczucia. Do tej pory Jarek wydawał się jej zawsze człowiekiem pogodnym z odpowiednią dawką wyrafinowanego humoru. Być może w swoim postępowaniu zbyt mocno trzymał się sztywnych zasad moralnych, ale za to cechowała go bezgraniczna wierność młodzieńczym ideałom oraz głębokie zaangażowanie w rozwiązanie danego problemu zarówno na poziomie zawodowym, jak i w sferze prywatnej. Tymczasem ostatnia wypowiedź mężczyzny ujawniła jego ogromny pesymizm oraz skrywane dotąd morze zwątpienia i niepewności.
 
– Nie wiem, jakie naprawdę dręczą cię myśli czy prywatne kłopoty – zaczęła Iza łagodnym tonem – ale wydaje mi się, że wybrałeś nie najlepszy sposób, aby się z nimi uporać.
 
Wawrzecki oderwał na chwilę wzrok od bujnego krajobrazu i spojrzał koleżance prosto w oczy. Izabela poczuła się lekko skrępowana, gdy mężczyzna przez dłuższy czas wpatrywał się w nią zastygłym wzrokiem.
 
– Zapewniam cię – zaczął z przekonaniem – że długo szukałem skutecznej metody, aby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Na pewnym etapie duchowego rozwoju świadomie zboczyłem z bezpiecznej drogi i teraz utknąłem gdzieś pomiędzy dochowaniem wierności religijnym wartościom, w jakich zostałem wychowany, a coraz bardziej pogłębiającą się laicyzacją czy wręcz marginalizacją ludzkiego życia…
 
– Przepraszam, ale chyba nie nadążam – wtrąciła blondynka zupełnie zdezorientowana – Mógłbyś mówić nieco jaśniej? Bardzo chciałabym ci jakoś pomóc, ale nie za bardzo nadaję się do prowadzenia teologicznej dyskusji. Zresztą wciąż używasz jakiś dziwnych metafor, porównań zamiast zwyczajnie wyjaśnić, w czym tkwi sedno problemu. Może powinieneś zasięgnąć rady jakiegoś dobrego księdza? Znam pewnego dominikana, który…
 
– Dziękuję ci Izo, ale cóż może wiedzieć o prawdziwym życiu taki zakonnik, który większość czasu spędza w zamknięciu, czerpiąc informacje z książek, gazet albo innych massmediów? Jak mogą udzielać porad rodzinnych, skoro sami nigdy jej nie stworzą?
 
– Wydaje mi się, że zbyt szybko to wszystko generalizujesz. Zresztą skąd możesz z góry wiedzieć, że  spotkanie z nim to tylko starta czasu, skoro nawet nie spróbujesz…
 
– Mam swoje powody – przerwał gwałtownie Jarek. – Przepraszam, ale nie chcę już więcej o tym rozmawiać. Możemy trochę posiedzieć w milczeniu?
 
– Dobrze – odparła blondynka, rozsypując na ziemię resztkę okruchów chleba z foliowej torebki. – W końcu przyszliśmy tutaj, żeby się trochę zrelaksować przed kolejnym nawałem papierkowej roboty.
 
Przez parę minut panowała grobowa cisza. Młoda kobieta próbowała zebrać nasuwające się wnioski i skonfrontować je z posiadanymi przez siebie wiadomościami. Pracowali ze sobą od ponad dwóch lat i nawet na moment nie przyszło jej do głowy, że kiedyś usłyszy z ust swojego najlepszego kolegi tak mroczne i przytłaczające słowa. Jednak za każdym razem, gdy spotykali się w biurze, Wawrzecki sprawiał wrażenie człowieka bardzo sympatycznego, żartobliwego o wysokim stopniu ludzkiej empatii. Owszem słyszała kilka razy od Alexa, że poza pracą prowadzi ubogi i jednostajny tryb życia. Podobno nie miał żadnych znajomych ani przyjaciół. Często unikał wystawnych bankietów, nieformalnych spotkań pracowniczych oraz publicznych wystąpień, a w swoim postępowaniu zdawał się przypominać współczesnego ascetę. Jednak do wszelkich wzmianek dotyczących Jarka Izabela podchodziła z dużą rezerwą. Traktowała je raczej jako element złośliwych żartów, które miały na celu obniżyć wartość i zmniejszyć zainteresowanie jego osobą w oczach innych kobiet z Komendy Głównej. Od dłuższego czasu uważała Jarka za pewien ideał faceta, który umie szybko reagować na potrzeby innych, nie dbając przy tym o własny interes. Ostatnio widziała go podczas niedzielnej mszy w kościele. Siedział w jednej z tylnych ław zupełnie nieruchomy ze wzrokiem wpatrzonym w wiszący krzyż nad ołtarzem. Kiedy przyjrzała mu się teraz z bliska, wydał się jej zupełnie obcy i zagubiony. Aktualny profil psychologiczny najlepszego kolegi z pracy, jaki zaczął się kształtować podczas wspólnego spaceru, zdecydowanie odbiegał od jej wcześniejszych wyobrażeń.
 
– Wiesz... Nawet nie pamiętam, kiedy byłem ostatnio w tym parku – odezwał się Wawrzecki, wstając z ławki. – Całkiem zapomniałem, jak wygląda wieczorny spacer na łonie natury. Przejdziemy się?
 
– No pewnie! – odparła Iza, biorąc go pod ramię.
 
Przeszli kawałek wzdłuż małego stawu. Zrobiło się już całkiem ciemno. Kilka latarni oświetlało opustoszałe alejki. W drodze na przystanek autobusowy kobieta spróbowała ponownie podjąć przerwany temat dotyczący poważnego kryzysu wiary, jaki ujawnił Jarek przed kilkoma minutami.
 
– Słuchaj… – zaczęła cicho i trochę nieśmiało.
 
– Tak?
 
– Ja też kiedyś znajdowałam się w podobnej sytuacji.
 
– I jak sobie z nią poradziłaś? Odnalazłaś Boga, czy może on odnalazł ciebie?
 
– Niezupełnie. Kiedyś, gdy zostałam sama bez środków do życia i nie mogłam liczyć na pomoc swojej rodziny, spotkałam na ulicy młodą kobietę. Wiedziała, że od jakiegoś czasu tułam się po okolicy, szukając jakiegoś dachu na głową. Powiedziała, że należy do zgromadzenia sióstr Albertynek[4] i pomoże mi stanąć na równe nogi. Byłam już tak zmęczona i zobojętniała, że bez większego namysłu przyjęłam jej propozycję. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, że gdybym wtedy jej nie zaufała, że gdybym odwróciła się od niej tylko dlatego, iż jest związana z kościołem, a więc z instytucją, do której większość z nas odnosi się z pewną rezerwą, z pewnością nigdy nie znalazłabym pracy w Komendzie Głównej, a co chyba najważniejsze nigdy byśmy się nie spotkali.
 
– Z pewnością masz rację, tylko zastanawiam się nad tym, jak wysoką cenę trzeba za to wszystko zapłacić? Dlaczego Bóg milczy, gdy naprawdę go potrzebujemy? Dlaczego próbuje na siłę zrobić z nas świętych, skoro jesteśmy z natury grzeszni?
 
– Wiem, co przeżywasz – odparła Iza wyraźnie poruszona – Ale wszystko to kwestia indywidualnego, świadomego wyboru. Jedni wybrali życie na skróty, a drudzy w pokorze próbują odnaleźć głębszy wymiar swojego cierpienia. To wcale nie jest proste i wymaga dużo czasu, a zwłaszcza dużo silnej woli. Pewnego dnia sam dojdziesz do wniosku, że...
 
– Ok, już wystarczy – przerwał Jarek znużonym tonem. – Lepiej zmieńmy temat, zanim naprawdę doprowadzimy do jakiejś większej kłótni.
 
– Zupełnie cię nie rozumiem. Przed czym tak ciągle uciekasz? Dlaczego nie chcesz mi zaufać? Wydawało mi się, że jesteśmy sobie bliscy… Przynajmniej bardziej niż reszta pracowników CBŚ.
 
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę.
 
– Bo tak jest – odparł Wawrzecki z przekonaniem. – Jesteś pierwszą osobą, która tak dużo o mnie wie i z którą mogę rozmawiać bez oporu na prawie każdy temat.
 
– Cieszę się – odparła kobieta, odgarniając jasne włosy z czoła. – Jednak mimo wszystko wyczuwam między nami pewien niewidzialny mur.
 
Wawrzecki spojrzał na koleżankę nieco speszony i uśmiechnął się głupio. Wlepił wzrok w pustą alejkę, a następnie dodał:
 
– Po prostu jest jeszcze dla mnie za wcześnie… Potrzebuję więcej czasu niż inni, zanim się przed kimś naprawdę otworzę i wpuszczę do mojego alternatywnego świata.
 
– Zauważyłam. Spokojnie, nie będę cię do niczego zmuszać. Jak kiedyś będziesz chciał o tym pogadać, to pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Czasami  rozmowa z bliską osobą jest znacznie bardziej pomocna niż kosztowna wizyta u jakiegoś dyplomowanego specjalisty…
 
Wawrzecki zerknął przelotnie na zegarek.
 
– Dzięki. Postaram się o tym pamiętać na przyszłość. Fajnie, że wybraliśmy się razem na ten krótki spacer. O kurcze! – wykrzyknął Jarek trochę przestraszonym głosem. – Musimy się pospieszyć, jeśli chcesz zdążyć zaraz na autobus.
 
Oboje szybkim krokiem opuścili teren miejskiego parku. Podczas drogi Izabela zastanawiała się nad tym wszystkim, co powiedział jej uroczy towarzysz. W jego słowach było tyle smutku i przygnębienia, iż nie była w stanie tego wszystkiego do końca ogarnąć. Chciałaby mu w jakiś sposób pomóc, ale nie wiedziała jak, skoro nie odkrył przed nią głównej przyczyny swoich bolesnych przeżyć. Jednak znacznie bardziej zawiedziona była brakiem odwagi u siebie, gdyż być może bezpowrotnie utraciła dobrą okazję, by zrealizować wcześniej obmyślany plan. Inaczej wyobrażała sobie zakończenie wieczornego spaceru. Osobiste problemy Jarka wyraźnie stanęły jej na przeszkodzie i nie mogła już zaprosić go do siebie na kolację. A przecież to właśnie ze względu na niego postanowiła zmienić dzisiaj swój wygląd i podjęła udaną zresztą próbę oderwania go, choć na jakiś czas od ekranu monitora. Czyżby tym razem kobiecy urok i wyzywający strój niespodziewanie zawiodły? Czyżby opuścił ją życiowy fart? „No cóż... – pomyślała zawiedziona – Być może zabrałam się za niego w niewłaściwy sposób. W końcu każdy typ faceta ma swoje mocne i słabe strony. Następnym razem spróbuję być bardziej przekonująca”.
 
 
Jarosław długo nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, czy dobrze postąpił, zabierając Izę na spacer zamiast w bardziej ekskluzywne miejsce. Zresztą, to miała być tylko zwykła przechadzka, a nie pierwsza, poważna randka. Owszem, była dla niego atrakcyjną sympatyczną kobietą, ale oprócz pracy zawodowej nic więcej ich nie łączyło. Przynajmniej odnosił takie wrażenie. Po dwóch latach wspólnej znajomości właściwie niewiele wiedział o życiu prywatnym Izabeli. Cenił ją za sumienność oraz duży optymizm, a także za odwagę w wyrażaniu szczerych opinii. Kiedyś wydawało mu się, że mogliby zostać dobrymi przyjaciółmi, ale w obecnej chwili uważał to raczej za mało prawdopodobne. Oboje należeli do dwóch różnych światów, w którym każde oczekiwało od życia czegoś zupełnie innego. Iza była zawsze w centrum zainteresowania, często uczestniczyła w wystawnych bankietach, uwielbiała motocykle oraz czerpała z każdego dnia pełnymi garściami. Jarek czuł więź z naturą, radość upatrywał tam, gdzie inni jej nie znajdowali. Otwarte, szerokie i bezludne przestrzenie były dla niego źródłem wewnętrznej harmonii i psychicznego ukojenia. Jarosław przewrócił się na drugą stronę łóżka i sięgnął po pilota leżącego na nocnym stoliku. Gdy włączył telewizor, natrafił na nocne wydanie „Monitora Wiadomości”, które zaczęło się kilka minut temu. Spośród kłębowiska obojętnych, nudnych informacji Wawrzecki wyłowił jedną podaną na samym końcu. Młoda reporterka rozmawiała ze świadkami dziwnego wydarzenia, do którego doszło w małej wsi w województwie warmińsko-mazurskim. Na spalonych od słońca twarzach mieszkańców widniały jeszcze oznaki głębokiego szoku i dużego przerażenia. Drżącym głosem, z wybuchami płaczu wspominali ubiegłą noc, podczas której spłonęła stodoła oraz chlew z czterema sztukami bydła. Na szczęście nikomu z ludzi nic się nie stało. Tuż przed pojawieniem się ognia na dachu stodoły właściciel gospodarstwa, w którym powstały szkody, zauważył dziwne światła na niebie, które zawisły nad ich posesją, by za chwilę rozpłynąć się w powietrzu. Jarek siedział jak zahipnotyzowany: „O takiej właśnie sprawie marzyłem od dawna”– pomyślał zachwycony. Obiecał sobie, że jeśli uda mu się powołać do życia wydział specjalny do zjawisk paranormalnych, to od razu przystąpi do wyjaśnienia tego tajemniczego wydarzenia. A na razie pozostaje mu jedynie cierpliwie czekać na wynik urzędowej dyskusji. Wawrzecki miał przed sobą cały weekend, więc mógł wreszcie dobrze wypocząć po długim tygodniu pracy. Poza tym miał jutro do załatwienia kilka zaległych spraw, a wśród nich co najmniej jedna wymagała natychmiastowego rozstrzygnięcia. Sama myśl o zbliżającym się spotkaniu z najbliższym członkiem rodziny napawała go niepokojem i panicznym lękiem.
 
Rano obudziły go odgłosy sąsiedzkiej kłótni dobiegającej zza ściany. Młode małżeństwo dosyć głośno i burzliwie wymieniało między sobą poważne zarzuty oraz wymyślne przekleństwa. Słychać było szczęk tłuczonych talerzy pomieszany z rozpaczliwym krzykiem kobiety. Po kilku minutach słownej utarczki trzasnęły drzwi na korytarzu i ktoś zbiegł szybko po schodach. Jarosław podszedł dyskretnie do okna. Młody mężczyzna w szarym garniturze wyszedł nerwowo z budynku, po czym wsiadł do białego mercedesa i z piskiem opon zniknął z pola widzenia. Zza ściany zaczął dobiegać stłumiony płacz. „Jakie to żałosne –   pomyślał Wawrzecki udając się do łazienki. – Zapowiadali się na całkiem szczęśliwą i obiecującą parę. A tu proszę... I po co było tyle pośpiechu z tym ślubem? Małżeństwo to dzisiaj jedynie sentymentalna szopka i zupełnie trefna inwestycja”.
 
Jarosław pojawił się w Szpitalu Rejonowym im. św. Elżbiety kilka minut po dziewiątej. W prawej ręce trzymał bukiet czerwonych tulipanów, a w drugiej pozłacane pudełko czekoladek w kształcie serca. Szedł długim korytarzem, mijając po drodze smutne blade i napiętnowane długotrwałą chorobą twarze spacerujących pacjentów. Kiedy przechodził obok sali operacyjnej, zauważył starszą kobietę, która siedziała samotnie na ławce niedaleko od wejścia. W drżących dłoniach zaciskała nerwowo pluszowego misia, który wyglądał, jakby ktoś w ostatniej chwili wyciągnął go z pożaru. Starsza pani siedziała w bezruchu z pochyloną głową, z trudem powstrzymując głośny płacz. Jarek przeszedł obok niej zdecydowanym krokiem, aby nie słyszeć dłużej jej ciągłego zawodzenia. Jednak nawet z oddali dobiegały do niego fragmenty prowadzonego przez kobietę monologu: „Dlaczego ona?! Dlaczego moja Beatka?? Przecież miała jeszcze całe życie przed sobą! Dlaczego chcesz mi ją teraz odebrać?”. Wawrzecki przyspieszył swój krok. Niczym zapaśnik, który za kilka chwil będzie musiał stoczyć poważny pojedynek na ringu, starał się zachowywać całkiem naturalnie i przekonująco, by jak najlepiej wypaść podczas spotkania z matką. W celu uzyskania zamierzonego efektu mężczyzna postanowił skoncentrować się na czymś pozytywnym i przyjemnym. Niestety, zawodzenie starszej kobiety kompletnie zaburzyło działanie jego ,,systemu obronnego”. Wystarczyła krótka chwila, by przez tą wypracowaną od dawna wewnętrzną, pozornie stabilną barierę opanowania i psychicznej odporności przedostał się cień zwątpienia oraz spychana gdzieś w głąb osobowości, niepewność. Starał się uspokoić swoje chaotyczne i mroczne myśli, które intensywnie zaczęły zatruwać mu umysł. „Bądź silny cokolwiek się stanie... – Mówił do siebie w myślach, jednocześnie szukając wzrokiem właściwej sali – Mam nadzieję, że nikt z nią jeszcze nie rozmawiał na temat aktualnych wyników. W końcu powiedziałem im wyraźnie, że osobiście wszystkim się zajmę. Oczywiście to zależy również od właściwego miejsca i kontekstu…”.
 
Kiedy był już kilka metrów od znajomego miejsca, zatrzymał się na chwilę. Serce zaczęło bić mu mocniej, a całe ciało lepiło się od zimnego potu. Mimo to zdecydował się wejść do niewielkiego pokoju. W środku znajdowały się dwa łóżka oddzielone od siebie metalowym stolikiem. Na szafce obok okna stał mały telewizor oraz regał z gazetami. W rogu pomieszczenia na pościelonym łóżku siedziała białowłosa kobieta zajęta czytaniem książki. Jarek minął się w drzwiach z otyłą pielęgniarką, która wynosiła właśnie tacę z naczyniami po skończonym śniadaniu. Z pochmurną miną zmierzyła Wawrzeckiego, po czym wyraźnie ospała zniknęła w długim korytarzu. Druga kobieta, widząc młodego mężczyznę, który przyszedł w odwiedziny, przeprosiła swoją koleżankę z pokoju i wyszła na krótki spacer po parku przed szpitalem. Miranda spojrzała radośnie w stronę zbliżającego się do niej syna.
 
– Witaj mamo! Jak dziś samopoczucie?
 
– Cześć Jareczku! Myślałam już, że całkiem o mnie zapomniałeś – odpowiedziała kobieta, przytulając go serdecznie do siebie.
 
– Przepraszam, że wcześniej do ciebie nie zajrzałem, ale wiesz, jak ciężko jest mi się ostatnio urwać z pracy, a w tym roku raczej nigdzie daleko nie wyjadę na urlop. W każdym razie chciałem ci jakoś wynagrodzić ten przedłużający się pobyt w szpitalu...
 
– To dla mnie? – spytała pani Wawrzecka, spoglądając na świeże kwiaty i małą bombonierkę. – Dziękuję, ale ja wcale się nie gniewam. Poza tym czuję się dobrze. Jedzenie mają tutaj znośne, chociaż pozbawione przypraw i naturalnego zapachu. Właściwie to nie mam pojęcia, po co mnie jeszcze tutaj trzymają. Rozmawiałeś może z którymś z lekarzy? Powiedz im, że nie mam zamiaru dłużej siedzieć bezczynnie i gapić się w telewizor. Przecież jestem zdrowa. A gdyby działo się coś ze mną niepokojącego, to z pewnością dawno już bym to sama zauważyła, prawda? – oznajmiła matka, oczekując jasnego potwierdzenia.
 
Jarosław trochę pobladł na twarzy, ale odparł żartobliwie:
 
– Nawet nie będę próbował mówić, że jest inaczej. Wyniki badań mają przyjść lada dzień. Nie martw się mamo... – powiedział Wawrzecki, próbując opanować wewnętrzne zdenerwowanie. – Wkrótce będziesz jeszcze narzekać z nadmiaru wolnego czasu.
 
Miranda spojrzała na syna wyraźnie uspokojona. Miała ostatnio koszmarne sny, które nieco ją przeraziły. Jednak teraz mogła swobodnie odetchnąć, gdyż rozmowa z synem dodała jej otuchy i wewnętrznego spokoju. Wkładając do wazonu czerwone tulipany, przypomniała sobie o kwitnącym ogrodzie obok swojego domu.
 
– Mam nadzieję, że jednak starasz się w ciągu tygodnia znaleźć czas na odpoczynek – spytała starsza kobieta, siadając przy stoliku obok syna. – Wyglądasz koszmarnie. I chyba mocno schudłeś. Masz jakieś problemy w pracy? Potrzebujesz może pieniędzy?
 
– Nie mamo. Nie jest aż tak źle. Po prostu ostatnio mam problemy z zasypianiem.
 
Miranda otworzyła pudełko czekoladek i położyła je na środku stolika. Przez kilka minut oboje oddawali się w milczeniu słodkiej konsumpcji, po czym Miranda sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła białą, wygniecioną kopertę. Usiadła ponownie na pościelonym łóżku i zaczęła mówić drżącym głosem:
 
– Wczoraj przyniosła mi go moja sąsiadka. – Oczy matki zaczynały robić się coraz bardziej szkliste – Prosiłam ją, żeby odbierała pocztę podczas mojego pobytu w szpitalu.
 
Mężczyzna spojrzał obojętnie na znajome pismo obok znaczka na kopercie.
 
– Od kogo ten list? – spytał domyślając się jego nadawcy.
 
– Z początku też nie mogłam w to uwierzyć. Jola napisała wreszcie do nas! Widzisz, a jednak zależy jej na utrzymaniu więzi z rodziną. W końcu stanęła mocno na nogi i znalazła dobrą pracę. Taka jestem szczęśliwa i dumna, że udało się jej odnaleźć w obcym kraju.
 
Wawrzecki oniemiał z wrażenia. W pierwszej chwili nie wiedział, czy ma się z tego powodu cieszyć czy też wybuchnąć nagromadzonym od jakiegoś czasu gniewem. W końcu była to pierwsza próba nawiązania kontaktu siostry z bliskimi po dwóch, długich latach nieuzasadnionego milczenia.
 
– Dosyć późno zdecydowała się do nas odezwać – odrzekł Jarek z sarkazmem. – Przez dwa lata nie mogła znaleźć czasu, aby zadzwonić i uspokoić nasze zszargane nerwy? Czy pomyślała, ile nieprzespanych nocy i nerwów kosztowała nas jej egoistyczna postawa? Czy mam teraz udawać, że po tym wszystkim nie odczuwam do niej żadnego żalu i rozczarowania?
 
Miranda popatrzyła na syna ze zrozumieniem, a jednocześnie próbowała sobie logicznie wytłumaczyć, dlaczego jej córka nie dawała tak długo znaku życia.
 
– To prawda. Mogła nas wcześniej poinformować o tym, jak sobie radzi w Stanach, ale powinniśmy się cieszyć, że w ogóle zrobiła pierwszy krok... – mówiła starsza pani, wycierając chustką mokre policzki.
 
Jarosław wstał nerwowo z krzesła. Podszedł do okna i wlepił surowy wzrok w jeden punkt. Próbował nieco uspokoić swoje wzburzone emocje oraz powstrzymać falę napływających, krytycznych słów.
 
– I co też takiego napisała w tym liście? – zapytał syn z ironią w głosie.
 
– Wyjaśniła, że potrzebowała trochę czasu, aby zaadaptować się do nowych warunków życia w nowym otoczeniu i w odmiennej kulturze. Przeprasza nas za jej długie milczenie, ale na początku była w tak fatalnym stanie psychicznym, iż nie miała sił ani odwagi, by rozmawiać z nami o swoich kłopotach. Zresztą z jej opisów wynika, że miała ku temu uzasadnione powody. Jeśli chcesz znać więcej szczegółów, to mogę ci go zaraz przeczytać.
 
Jarek stał nieruchomo odwrócony plecami w stronę matki. Przez moment wydawało się jej, że syn kiwa twierdząco głową. A przynajmniej taką miała nadzieję.
 
– Nie dziękuję. Jakoś nie chce mi się wierzyć, aby takie zachowanie można było w jakiś racjonalny sposób usprawiedliwić…
 
– Jak możesz tak mówić? – odparła Miranda zupełnie zaskoczona zachowaniem mężczyzny. – Przecież to twoja siostra. Zapominałeś, jak kiedyś byliście mocno zżyci z sobą? Zapomniałeś, jak oboje zapewnialiście mnie, ile znaczą dla was wartości rodzinne? Co się z tobą dzieje? Nie znasz takiego pojęcia, jak przebaczenie?
 
– To, jak wyglądały nasze relacje kiedyś, jest już przeszłością. To ona zerwała z nami kontakt, a nie odwrotnie. Czy możemy zmienić temat dalszej rozmowy?
 
Miranda z wielkim bólem schowała z powrotem list do koperty i włożyła go do książki.
 
– Nie możemy się od niej odwracać zwłaszcza teraz, kiedy zamierza wstąpić na nową drogę życia…
 
Jarek momentalnie odwrócił głowę w stronę siedzącej matki.
 
– Jola wychodzi za mąż? – spytał Wawrzecki zdumiony ostatnią informacją.
 
– Tak. Wkrótce powinno do nas dotrzeć zaproszenie na ślub, który odbędzie się w pierwszej połowie września tego roku. Napisała, że spróbuje do nas zadzwonić w tym tygodniu, gdy tylko  któreś z nas będzie w domu i zechce z nią rozmawiać…
 
Wyraźnie wzburzony ponownie usiadł obok metalowego stolika. Skrzyżował ręce i z obojętnym spojrzeniem wpatrywał się w reklamę leków wiszących na ścianie.
 
– Myślałam, że ta wiadomość, choć trochę cię ucieszy, a tymczasem nie wiem, po co ci w ogóle o tym wszystkim mówiłam. Doprawdy nie pojmuję, dlaczego jesteś taki uparty i zawzięty. Być może to moja wina, że nie zapewniłam wam normalnych warunków do rozwoju. Jednak wasz ojciec nie pozostawił mi wyboru i teraz najwyraźniej muszę słono płacić za błędy swojej, głupiej młodości.
 
Jarek siedział sztywno niczym posąg. Słońce poprzez zakurzoną szybę oświetlało lewą stronę jego posępnej twarzy. Kątem oka zauważył, jak wielką przykrość sprawił matce, wykazując całkowity brak zainteresowania treścią listu od siostry. Miranda patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem i ściskała w rękach mokrą chustkę. Mężczyzna przysunął się bliżej do niej i spojrzał na nią skruszonym wzrokiem. Ujął jej bladą, drżącą dłoń i przytulił do swojej twarzy z lekkim zarostem.
 
– Przepraszam za to, co wcześniej powiedziałem o Joli. Musiałem wyrzucić z siebie to, co tak długo zalegało w mojej głowie. Ja po prostu potrzebuję więcej czasu, aby spojrzeć na wszystko z pewnego dystansu...
 
– Nie mówmy już o tym – zaproponowała matka, ocierając resztki łez z obu oczu. – Opowiedz mi raczej, jak układa ci się twoje życie prywatne i zawodowe? Wawrzecki zrobił kwaśną minę. Właściwie to nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Od kilku lat jego żywot przypominał kolejne odsłony mydlanego serialu. Mimo to pani Wawrzecka uważnie przysłuchiwała się szczegółowej relacji syna z wydarzeń, jakie miały miejsce na przestrzeni ubiegłego tygodnia. Jak każda nadopiekuńcza matka wychowująca samotnie dwójkę dzieci próbowała wypełnić pustą lukę wynikającą z braku jednego z rodziców. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, iż nigdy nie zdoła w pełni zastąpić ojca, ale mimo wszystko podejmowała wszelkie, dostępne kroki, aby jego nieobecność była dla jej potomstwa jak najmniej dokuczliwa. Chciała zapewnić im ciepły i bezpieczny dom, aby umiały kiedyś same stworzyć prawdziwy oparty na miłości i wzajemnym zaufaniu wzorowy model chrześcijańskiej rodziny. Rozpad małżeństwa  nastąpił, kiedy Jarek miał dwa latka, a Jola półtora roku. Kilka lat wcześniej nic nie wskazywało na to, iż niezwykle udany i zgodny związek zakończy się niespodziewanie dramatycznym rozstaniem. Głównym powodem przerwania dalszego pożycia małżeńskiego był odkryty romans męża z jedną z jego stałych pacjentek. Pan Wawrzecki pracował wówczas jako lekarz rodzinny w prywatnym gabinecie gdzieś na prowincji. Sam fakt nieodpowiedzialnego wybryku Wiktora nie był dla Mirandy tak głębokim ciosem, jak sama świadomość, iż tajemniczą kochanką okazała się jej daleka kuzynka mieszkająca kilkanaście metrów od przychodni, gdzie przyjmował doktor Wawrzecki. Do tej pory nikt oprócz matki Jarka nie znał prawdziwego powodu oraz dodatkowych okoliczności, wobec których przykładny i powszechnie szanowany ojciec zrzekł się dobrowolnie wszelkich praw rodzicielskich. Po rozwodzie z Wiktorem Miranda skupiła się wyłącznie na wychowaniu dwójki niesfornych maluchów. Po kilku latach uciążliwego i upokarzającego tułania się po kolejnych kwaterach znalazła wreszcie upragniony spokój w małym domku pod lasem, który otrzymała w spadku po śmierci swoich rodziców. Z dala od zgiełku i smrodu spalin, z dala od znienawidzonych miejsc będących przyczyną przykrych i bolesnych wspomnień z przeszłości odnalazła własny raj na Ziemi. Wkrótce potem poświęciła się wytężonej pracy w gminnej szkole, jako wymagająca i konserwatywna polonistka. W obecnej chwili miała już sporo wolnego czasu dla siebie. Była na zasłużonej emeryturze i mogła wreszcie uzupełnić swoją wiedzę o pominięte w przeszłości z braku czasu wybitne dzieła polskiej i światowej literatury. Podczas całego okresu dojrzewania próbowała zaszczepić u Joli i Jarka same najlepsze wartości, aby mogli wyrosnąć na mądrych i uczciwych obywateli oraz prawdziwych patriotów szanujących swój kraj i historyczny dorobek własnej Ojczyzny. Wydawało się jej, że dobrze nauczyła ich wrażliwości na ludzką krzywdę, poczucia więzi i troski o przyrodę oraz tolerancji dla osób o odmiennych poglądach, wyznaniu czy innej narodowości. Jednak w miarę upływu czasu świat dawno przestał uznawać szlachetne wartości oraz wzniosłe ideały, które tak usilnie starała się zakorzenić swoim uczniom. Jej heroiczna walka z rzeczywistością była z góry skazana na porażkę i została gwałtownie zdominowana przez erę popularnej wśród młodzieży komunikacji internetowej. Dlatego też w obliczu nowych zagrożeń i wszechobecnej agresji postanowiła całkowicie wycofać się z udziału w życiu publicznym i towarzyskim stolicy. W tym celu sprzedała telewizor, wyjechała na prowincję i skupiła się na hodowli rzadkich roślin wymagających szczególnej troski. Przynajmniej tutaj była w stanie podołać stojącym przed nią wyzwaniom, a przede wszystkim miała nadzieję, iż zdoła ocalić resztkę wolnego umysłu przed różnymi przejawami politycznej, społecznej i medialnej manipulacji. Tutaj był jej azyl życiowa przestrzeń, której nigdy nie miała zamiaru opuścić. Z lękiem i głęboką troską obawiała się o przyszłość swoich dorosłych już pociech, które zmuszone do nieustannej szaleńczej walki będą miały kiedyś do niej żal, iż oprócz romantycznej wizji postrzegania świata nie nauczyła ich, jak należy walczyć o swoje i wygrywać...
 
W drodze powrotnej Jarosław szukał wzrokiem starszej kobiety, która siedziała poprzednim razem obok sali operacyjnej. Teraz ławka była pusta. Mężczyzna kątem oka zauważył małą rzecz leżącą pod ścianą wąskiego korytarza. Podniósł zabawkę z posadzki i przyjrzał się jej dokładnie. To był ten sam pluszowy, brudny od sadzy miś, którego widział w pomarszczonych dłoniach starej kobiety. Na samo wspomnienie przeszedł mu po plecach zimny dreszcz. „Żyjemy w owczym pędzie, odkładając na później uregulowanie sfery życia prywatnego... – myślał Wawrzecki wychodząc ze szpitala. – A gdy nagle przychodzi śmierć to jesteśmy w jej obliczu bezradni i mali, jak dzieci”.
 
Późnym popołudniem Jarosław udał się do banku. Wybrał trochę pieniędzy z konta, a następnie dokonał kolejnej spłaty zaciągniętego kredytu mieszkaniowego. Kiedy wychodził z oszklonego budynku, natknął się przy wyjściu na kolegę z pracy. Na widok wysokiego szatyna barczysty mężczyzna uśmiechnął się zawadiacko, po czym zakrzyknął z entuzjazmem:
 
– Siemanko Jarek! – zawołał niższy mężczyzna, ściskając mocno dłoń kolegi. – Widzę, że ty też wybrałeś ostatni dzień tygodnia na załatwienie kilku spraw.
 
– Cześć Alex! Tak, sam wiesz, że nie mamy go zbyt wiele, a przecież nikt za mnie nie ureguluje moich rachunków. A poza tym dzisiaj jest także dzień wypłaty.
 
– Taaa, człowiek pracuje kilka lat uczciwie w tym samym biurze, jest lojalny wobec firmy i nawet nie ośmieli zapytać się o podwyżkę – odpowiedział Alex z tajemniczym uśmiechem. –Słuchaj może znajdziesz później trochę czasu dla starego kolegi? Chciałbym zamienić z tobą parę słów.
 
Wawrzecki był zupełnie zaskoczony tym nagłym przypływem życzliwości ze strony starszego mężczyzny. Zgodził się, chociaż tak naprawdę nie wiedział, o czym mieliby właściwie rozmawiać? Nigdy nie chodził z nim czy innymi kumplami na piwo, a już tym bardziej nie przepadał za towarzystwem Alexa. Skinął twierdząco głową, skrywając na pewien czas wcześniejsze uprzedzenia i obawy.
 
– OK! Super, no to bądź za piętnaście minut w tamtej knajpie zaraz przy galerii po drugiej stronie ulicy.
 
– Zgoda. W końcu rzadko korzystam z dobrodziejstw naszego miasta – odrzekł Jarek z nutką autoironii w głosie.
 
Jarek udał się spacerem w stronę „Green Pubu”. Zajął miejsce przy pustym stoliku w rogu zaciemnionego pomieszczenia. W środku cały lokal wypełniały smugi zielonego nastrojowego światła, a na każdym stoliku stały przyozdobione żółtymi kwiatami małe kaktusy. Okna zamiast firanek były przysłonięte zieloną siatką, do której poprzyczepiano dużą ilość papierowych motyli. Cała sceneria sprawiała bardziej wrażenie pobytu w jakimś zacisznym lesie niż w miejskim lokalu. Jarosław siedział w milczeniu nad kuflem żółtego napoju i zastanawiał się nad prawdziwym powodem nagłego spotkania z Alexem. Do tej pory oprócz skromnych przerw podczas pracy w biurze nie mieli większych okazji do dłuższych rozmów. Kolega Jarka pojawił się w pubie trochę zdenerwowany, ale gdy tylko zobaczył w oddali znajomego przy stoliku na jego twarzy rozbłysnął typowy, amerykański uśmiech. Usiadł naprzeciw Wawrzeckiego i zamówił dwa kufle najdroższego piwa. Postawił na ziemi czarną walizkę, a następnie szpanersko wyjął pozłacaną zapalniczkę i zapalił kubańskie cygaro.
 
– Słyszałem o twoim nowatorskim projekcie. Naprawdę myślisz, że to uda się zrealizować w tym kraju?
 
Wawrzecki był wyraźnie zdumiony. Jakim cudem Alex dowiedział się o jego misternych planach? Przecież rozmawiał o nich jedynie z komendantem. Czyżby biurowe plotki rozchodziły się aż tak szybko??
 
– Tak? A co właściwie słyszałeś? – spytał Jarek, próbując wybadać zakres wiedzy swojego rozmówcy.
 
– Z pewnych źródeł dowiedziałem się o możliwości stworzenia specjalnego wydziału do zjawisk paranormalnych.
 
Agent sposępniał na twarzy. Nie miał już żadnych wątpliwości, co do posiadanych przez jego kolegę dalszych informacji. Czuł się trochę zawiedziony tym, że sam nie mógł przedstawić swoim przyszłym współpracownikom całego pomysłu. Zrozumiał, że jakiekolwiek  dalsze zaprzeczanie całej sytuacji nie ma najmniejszego sensu.
 
– Oczywiście cel tego wydziału jest z pewnością bardzo wzniosły i szlachetny – mówił opalony brunet w szykownym garniturze. – Jednak brak w nim wyczucia czystego realizmu oraz nastrojów panujących w naszej polityce. Nie chcę cię pouczać, ale oprócz ciebie nikogo w tym kraju nie interesuje odkrywanie tajemnic, które mogą zagrozić stabilizacji władzy państwowej lub dotkliwie uszczuplić rolę Kościoła w oczach całego społeczeństwa. W końcu od wieków to wokół niego skupia się najwięcej tajemnic i niewyjaśnionych zdarzeń.
 
Jarosław poczuł się trochę urażony surową krytyką ze strony starszego kolegi. Wziął łyk żółtego napoju i odparł skwaszony:
 
– Chyba nie spotkałeś się ze mną tylko po to, aby krytykować mnie za nierealne twoim zdaniem działania?
 
Alex zmrużył oczy i zaciągnął się mocno dymem.
 
– Nie, masz rację... Rzeczywiście jest inny powód, bo widzisz... – Zaczął powoli tracić pewność siebie. – Mój wyjazd do Stanów jest już od dawna zaplanowany, ale chciałbym przedtem wyjaśnić kilka szczegółów dotyczących sfery uczuciowej.
 
– Słucham? To jakiś żart, prawda? No dobra. O co chodzi. – mówił Jarek, nie mogąc powstrzymać spontanicznego uśmiechu.
 
 Starszy kolega zmarszczył surowo brwi, po czym przybrał nadzwyczaj poważną minę.    Wawrzecki momentalnie opanował ironiczny uśmiech i wytężył słuch.
 
– Chciałbym porozmawiać o Izabeli.
 
Jarek próbował przypomnieć sobie szybko wszystkie chwile, jakie spędził z nią podczas dotychczasowej pracy w Komendzie Głównej.
 
– Chyba przeceniasz moje prywatne doświadczenia z kobietami. Wątpię, abym był odpowiednią osobą, która ma akurat coś ważnego do powiedzenia w tej dziedzinie – odparł   Jarek wyraźnie zmieszany.
 
Starszy mężczyzna opróżnił do dna wysoki kufel, wytarł krawędzią dłoni usta, po czym spytał zdławionym głosem niemal przez zęby:
 
– Czy rozmawiałeś ostatnio z Izą na mój temat??
 
 Wawrzecki popatrzył na kolegę z osłupieniem. Nie miał pojęcia, do czego właściwie zmierza jego rozmówca. Jednak z twarzy Alexa można było wyraźnie odczytać, jak bardzo ważne jest dla niego każde słowo, które za chwilę usłyszy.
 
– Nie przypominam sobie, abyśmy kiedykolwiek rozmawiali o tobie.
 
– A jak zachowywała się Izabela, kiedy powiedziałeś jej, że mam zamiar wyjechać na stałe do Ameryki?
 
– Wzruszyła tylko ramionami, ale nie powiedziała żadnego słowa. Owszem, jest ostatnio trochę zamyślona i jakby nieobecna, ale trudno mi określić, czy akurat ma to jakiś związek z twoim wyjazdem.
 
– Więc ani razu nie wspomniała ci o mnie?? Nie opowiadała ci o tym, jak zbliżył nas do siebie ten wyjazd szkoleniowy do Madrytu? – spytał Alex mocno rozczarowany.
 
– A co chciałbyś usłyszeć? – odparł Jarek, domyślając się powodu, dla którego został tutaj ściągnięty. Cała rozmowa zaczynała już go powoli męczyć. – Jeśli chcesz się dowiedzieć, czy coś faktycznie do ciebie czuje to, czemu sam jej o to nie spytasz?
 
Brunet zamilkł na chwilę. Wyglądało na to, że jego wcześniejsze przeczucia okazały się zwykłym złudzeniem, a wspólny wyjazd służbowy był jedynie namiastką krótkiego romansu. Zdał sobie sprawę, że nie może liczyć na nic więcej. Od początku mógł przewidzieć, że w rywalizacji z Jarkiem nie ma jakichkolwiek szans na zwycięstwo.
 
– Widziałem, że wczoraj razem wyszliście z biura – zaczął Alex, surowo spoglądając na doniczkę z kaktusami.
 
– Tak. Iza zaproponowała mi wspólny spacer przed powrotem do domu, więc razem poszliśmy do parku. Jeśli spodziewałeś się upojnego zakończenia wieczoru, to muszę cię rozczarować. Wsiadła do najbliższego autobusu, a ja wróciłem samochodem do siebie.
 
– Nie, no, co ty...– odparł pospiesznie kolega, jąkając się.
 
– Nasza rozmowa miała raczej teologiczno-filozoficzny wymiar niż prywatno-zawodowy.
 
Alex spuścił wzrok. Jego twarz wypełniła się rzadko spotykanym u niego przygnębieniem. Po chwili uśmiechnął się przekornie, wypił kolejny kufel piwa i drżącym głosem oznajmił:
 
– Dziękuję, że byłeś ze mną szczery. Ta rozmowa była dla mnie bardzo ważna. Teraz przynajmniej wiem, że nic nie stoi mi na przeszkodzie, aby na stałe przenieść się do New Yorku.
 
– Poczekaj... Może źle oceniasz swoje szanse. Porozmawiaj z Izą i wyjaśnijcie sobie wszystko, zanim zdecydujesz się zerwać z nią wszelki kontakt.
 
– Nie. Nie będę jej dłużej zamęczać swoją osobą. Jarek…
 
– Tak? – spytał spoglądając z daleka na atrakcyjną, ciemnowłosą barmankę.
 
– Chciałbym, aby ta rozmowa pozostała między nami. No wiesz, Iza może mieć mi za złe, że wciągam ciebie w nasze osobiste sprawy.
 
– Spokojnie. Nic jej nie powiem. Nadal jednak uważam, że powinieneś...
 
– Daj spokój! – odburknął Alex, kładąc kelnerowi duży napiwek. – Od samego początku mogłem przewidzieć, że dla naszego, ewentualnego związku nie ma żadnych perspektyw. Zresztą, może tak będzie lepiej... Szybciej zapomnę o tym przeklętym kraju i wspomnieniach, które nie były warte ich przeżycia.
 
Wawrzecki wracał do domu wyraźnie poruszony. A więc przeczucia znowu go nie zawiodły. Jego kolega z pracy miał poważny, sercowy problem i szukał u niego jakiegoś silnego potwierdzenia, które odsunęłoby na jakiś czas jego decyzję o wyjeździe z Polski. Jarosław wsiadł do srebrnego reno, po czym wybrał najkrótszą drogę do swojego osiedla mieszkaniowego. Podczas jazdy autem zastanawiał się, dlaczego to właśnie z nim Alex zdecydował się na tak osobistą i otwartą rozmowę? Owszem, ostatnio spędzał z Izą więcej czasu, ale to w żaden sposób nie zmieniło ich wzajemnych relacji. Przeważnie kilka razy w tygodniu znikała po pracy w towarzystwie swoich, dobrych koleżanek, udając się na kolejną, nocną imprezę, a Alex dołączał do nich zawsze, gdy tylko nadarzyła się okazja. Jednak od pewnego czasu Izabela zmieniła nieco swoje podejście do uznawanych przez siebie wartości i stała się bardziej zamknięta w sobie. Wolała raczej przebywać w towarzystwie Jarka niż wśród osób, dla których najważniejsza była niczym nieskrępowana zabawa często przy udziale różnych środków odurzających i sporej dawki drogiego alkoholu. Dla wielu młodych, nowobogackich warszawiaków ciągła nocna rozrywka stanowiła jedyny sens i cel istnienia. Jarek nie miał pojęcia, czy między Izą a Alexem istniał jakiś burzliwy romans. Na ten temat mógł jedynie spekulować. Pamiętał tylko ich dziwne zachowanie po powrocie ze szkolenia informatycznego we Włoszech. Dopiero po jakimś czasie zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać. Wawrzecki nie przepadał za Alexem, ale współczuł mu, iż ostateczną decyzję o pozostaniu w Stanach uzależniał tylko od jednego czynnika: niespełnionej miłości.
 
Większość piątkowego przedpołudnia Jarek spędził wylegując się w łóżku. Telewizja prasa oraz stosy innych, służbowych papierów wypełniły mu resztę czasu aż do wieczora. Po skromnej kolacji, kiedy zaczął uważać dzień za skończony, niespodziewanie zadzwonił telefon. Okręcił się niebieskim szlafrokiem, dopił resztkę wytrawnego wina, wstał z wygodnego fotela i podszedł do aparatu leżącego na małym stoliku.
 
–Wawrzecki, słucham?
 
– Dobry wieczór, panie Jarku – odezwał się znajomy głos w słuchawce. – Przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale pomyślałem, iż taka wiadomość z pewnością pana zainteresuje oraz zaoszczędzi dalszego, niepotrzebnego zresztą stresu.
 
– Wręcz przeciwnie bardzo miło pana słyszeć. Czy wiadomo już, jakie jest stanowisko ministerstwa w mojej sprawie?
 
Jarek zaczął zaciskać zęby coraz mocniej. Czyżby już dzisiaj miał poznać odpowiedź na dręczące go pytania? Tak szybko? Spodziewał się najgorszego scenariusza. No, cóż jakakolwiek zapadła decyzja będzie, musiał przyjąć ją ze zrozumieniem i pokorą. Chociaż byłaby to dla niego bardzo bolesna lekcja.
 
– Tak. Po burzliwej debacie z komendantem KGP[5] oraz przedstawicielami z ministerstwa  uznano, że można wprowadzić pana pomysł na próbę w ramach programu poprawy bezpieczeństwa w naszym kraju. Projekt byłby częściowo finansowany przez Unię Europejską i podlegałby okresowej kontroli poprzez przedkładanie wysłannikom komisji raportów z działalności tego specjalnego wydziału.
 
Jarosław nie mógł uwierzyć własnym uszom. Otwierał się przed nim nowy rozdział w jego policyjnej karierze, dając mu tym samym niespotykaną dotąd okazję na zmianę jednostajnego i bezbarwnego życia. Oczami wyobraźni widział siebie biegnącego z bronią w ręku, zagorzałego poszukiwacza prawdy, który nie dbając o własne bezpieczeństwo czy inne fizyczne bądź prawne bariery, rzuca się w wir zawodowej pracy, wydobywając na wierzch nieznane dotąd lub celowo bagatelizowane obszary ludzkiej egzystencji.
 
– Uczestnicy zebrania postawili jednak przed panem kilka warunków, bez których istnienie nowego wydziału nie będzie w ogóle możliwe – ciągnął dalej swój wywód pan Mazurkiewicz. – Otóż musi on spełniać kilka nadrzędnych zadań, a przede wszystkim intensywnie współpracować z CBŚ w ramach wymiany posiadanych informacji, wpłynąć realnie na poprawę bezpieczeństwa w naszym kraju, a pod koniec każdego kwartału musi być sporządzany szczegółowy raport dotyczący wykonanej pracy i środków finansowych, jakie zostały wykorzystane przez wydział w tym okresie .
 
Wawrzecki wciąż milczał i sprawiał wrażenie jakby nieobecnego. Kurczowo trzymał słuchawkę przy uchu i wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo za oknem. Jego marzenie zaczynało dojrzewać na jego oczach. Na takie chwile przecież człowiek czeka często przez całe życie, a tymczasem jemu udało się je dogonić całkiem wcześnie.
 
– Halo? Jest pan tam jeszcze? – spytał przełożony zdziwiony długim milczeniem swojego rozmówcy.
 
– Tak, tak, cały czas słucham... – odparł Jarek wyraźnie podekscytowany. – Nie spodziewałem się, że ten projekt w ogóle przejdzie…
 
– Ma pan rok czasu, aby przekonać mnie i ministra sprawiedliwości do tego, że ten wydział specjalny jest rzeczywiście nam potrzebny i przynosi wymierne korzyści. W przeciwnym razie za formalności i poniesione koszty związane z jego zamknięciem obciążą pana, dlatego pytam po raz ostatni: czy jest pan gotów podjąć się tak wysokiego ryzyka?
 
Jarosław chwilowo milczał. Jeśli miał szansę się wycofać to tylko teraz, gdyż później należało pogodzić się z ewentualną klapą tak ekscentrycznego pomysłu. Kilka sekund dzieliło go od ostatecznej odpowiedzi. Mógł teraz o wszystkim zapomnieć i powrócić do żmudnej papierkowej roboty. Jednak myśl o możliwości spełnienia szczenięcych marzeń była dla niego zbyt kusząca i inspirująca, by tak łatwo mógł zrezygnować z ich realizacji. Przecież druga, podobna okazja już nigdy więcej mogłaby się nie pojawić.
 
– Tak, jestem. Na całkowitą zmianę obecnego trybu życia zdecydowałem się już w dniu, kiedy złożyłem swój wniosek u pana na biurku. Właściwie mógłbym zacząć już od jutra, ale oczywiście na wszystko są odpowiednie procedury, których tak po prostu nie da się zwyczajnie przeskoczyć.
 
– Dokładnie. Podziwiam pański zapał, ale trzeba jeszcze skompletować odpowiedni zespół ludzi i wygospodarować trochę miejsca w naszym biurze, a to może trochę potrwać. W dodatku potrzebuje pan drugiej osoby do pracy w terenie.
 
– Dziękuję panu za wsparcie, jakiego udzielił mi pan dotychczas. Naprawdę nawet nie wiem, jak mam...
 
– Już dobrze. Ciepłe słowa zostawmy na później – odparł komendant nieco znużony. – W każdym razie podziwiam ludzi, którzy podejmują jakiekolwiek próby, by coś zmienić w tym kraju na lepsze, a takich jest już coraz mniej... Życzę panu spokojnej nocy. Dobranoc.
 
– Dobranoc, chociaż po takiej wiadomości ciężko będzie mi zasnąć.
 
           Przez parę minut Wawrzecki stał nieruchomo przy milczącym telefonie. Otarł pot z czoła, a następnie wszedł do sypialni i wyciągnął się na posłanym łóżku. Z rękoma pod głową wpatrywał się w oszklone drzwi prowadzące na balkon. Biała łuna księżyca oświetlała całe zanurzone w półmroku pomieszczenie, a niebo wypełniały miliony maleńkich gwiazd. Wawrzecki nie miał nawet pojęcia, jak ogromnie trudnego i niebezpiecznego podjął się zadania. Świat pełen był przedziwnych tajemnic i niewyjaśnionych zdarzeń. Jarek chciał niczym doświadczony funkcjonariusz uczestniczyć bezpośrednio w prawdziwych wydarzeniach z pierwszych stron gazet, a przecież dotychczas jego obszar działań ograniczał się wyłącznie do czterech ścian dusznego biura. Zdecydował się na obrót o 180 stopni i na niespotykaną do tej pory skalę. Zastanawiał się, czy będzie w stanie podołać nowej roli, jaką sobie wyznaczył? Czy posiada wystarczająco dużo wiedzy, aby zmierzyć się z potencjalnymi zagrożeniami, jakie na niego gdzieś tam czekały? Czasami odzywał się w nim głęboko ukryty prometeizm, który nakazywał mu dążyć za wszelką cenę do przełamywania istniejących podziałów w społeczeństwie oraz do zerwania niewidzialnej zasłony milczenia i kłamstwa. Wydawało mu się, że będzie umiał sprostać każdej nietypowej sprawie, ale człowiek nigdy nie ma całkowitej pewności, jak naprawdę zachowa się w danej sytuacji. Dopiero kiedy znajdzie się w zupełnie skrajnych warunkach, będzie musiał oprócz umiejętności technicznych i posiadanej wiedzy wykazać się także umiejętnością szybkiego reagowania oraz sporą dawką zdrowego rozsądku. Być może, gdyby z góry wiedział, co go czeka w przyszłości, nigdy nie podpisałby tego wniosku, który przyniesie mu tyle przykrych niespodzianek, tragicznych zwrotów akcji czy nieustannego poczucia zagrożenia w życiu jego oraz najbliższych mu osób.
 
 

 
   
 
[1] FBI - Federalne Biuro Śledcze
 
 
 
[2] MSWiA - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji
 
 
 
[3] ABW - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
 
 
 
[4] Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujące Ubogimzostało założone w Krakowie 15.01.1891r. przez św. Brata Alberta Adama Chmielowskiego. Miejscem posługi sióstr są m.in.: przytuliska otwarte dla bezdomnych, domy opieki dla osób starszych i samotnych, hospicja dla terminalnie chorych, domy samotnej matki.
 
 
 
[5] KGP – Komenda Główna Policji
 
 
Created with WebSite X5
Wróć do spisu treści